Gruby rysuje Małysza

tekst satyryczny satyra

Humoreska Piotra Gabrysza

Jeszcze niedawno Gruby mówił „skok” i dopowiadał: po piwo, na bok, żabi skok w Nowy Rok. Teraz wiadomo. Mówisz skok – myślisz Małysz. Możesz nie znać daty bitwy pod Płowcami, ale nie znać kalendarza skoków Małysza oznacza towarzyską śmierć.

Gruby był prawdziwym Polakiem i Małysza poznał lepiej niż jego własny lekarz domowy, a pani Krysia zainwestowała nawet w 35-calowy telewizor, by „U Śledzia” lepiej było słychać i widać.

Tego dnia Gruby jak zwykle siedział przy puszczańskim, oglądając wyczyny Adasia, gdy nagle stało się TO. Ogromna wewnętrzna potrzeba poczęła narastać w Grubym. Początkowo nieuświadomiona, nienazwana, stopniowo nabierała ostrości. Jeszcze jedno puszczańskie i Gruby wiedział: musi TO przelać na papier! Potem poszło błyskawicznie. Takiego Małysza w locie nie wyparł by się nawet Mleczko z Sawką pospołu!

– Gruby jasna twoja pokręconaaa! – Siwy nie potrafił opanować podziwu. – Jesteś nieoszlifowanym diamentem polskiej grafiki satyrycznej!

– Czuję się Siwy tak, jakby ktoś wyjął ze mnie korek blokujący aktywność. A jak ci się podoba ten portrecik? – Gruby pokazał fantastyczny konterfekt Adasia z dowcipnie przejaskrawionymi cechami charakterystycznymi. Ach kolczyk, ach ten kolczyk, ten wąsik, ach ten wąsik, czapeczka, ta czapeczka… Tego Siwy nie wytrzymał:

– Panowie, popatrzcie co Gruby narysował przed chwilą! – wrzasnął na pół dzielnicy, dumny z przyjaciela. Chwilę później stolik Grubego i Siwego stał się centrum integracji satyryczno-patriotycznej „Małysz 2002”. Nawet pani Krysia zapomniała o biznesie i postawiła wszystkim kolejkę. Chwilę później położyła przed Grubym ogromny kawał brystolu.

– Kochany, jedna karykaturka Małysza i stawiam panu do olimpiady w Lake Placid – powiedziała błagalnie, kładąc przed Grubym flamaster. A Gruby rachu-ciachu, trzask, prask, takiego Małysza odstawił, że nie wiadomo było czy najpierw cmokać z podziwu, czy się śmiać, albo odwrotnie. Pani Krysia zaniemówiła z wrażenia.

– To naprawdę piękna karykatura mojego klienta, ale jestem zmuszony ją zarekwirować do wyjaśnienia – młody, nieprzyzwoicie elegancko ubrany człowiek lat około dwudziestu pięciu wyciągnął rękę po arkusz kartonu. Powietrze wypełnił jeden wielki znak zapytania.

– Reprezentuję kancelarię prawniczą Wasiutyńko i synowie, reprezentującą z kolei interesy pana Adama Małysza.

– To sobie synku reprezentuj i niech cię święty Apoloniusz prowadzi – odezwał się jeden z gości „U Śledzia”. – Przed chwilą kolega podarował pani Krysi swoje dzieło i kancelaria Wąsitółko i szwagrowie nie ma nic do tego.

– Szanowny pan raczy być w błędzie – uśmiechnął się z ledwo ukrywanym poczuciem wyższości młody prawnik. – Zgodnie z podpisaną z panem Adamem umową oraz prawem prasowym i ustawą o ochronie danych osobowych wszelkie korzystanie z wizerunku naszego klienta wymaga pisemnej zgody prokurenta, czyli de facto naszej kancelarii.

– Jeżeli dobrze zrozumiałem ten pański bełkot, to kolega zanim pokaże światu Małysza swoją kreską, musi mieć zgodę Wisiatyńki i synów?

– Trochę pan ironizuje, ale istotę pan ujął właściwie. Nawet mam ze sobą kopię zatwierdzonych karykatur naszego klienta.

Elegant wyjął z teczki kilka fotografii. Małysz wyglądał na nich niczym Clint Eastwood albo Boguś Linda.
– Przykro mi to mówić, ale wszystko, co nie jest zbliżone do ustalonego, wzorca kwalifikuje się na drogę sądową.

– A znacie ten dowcip jak lecą dwa bociany i widzą Małysza? – odezwał się nagle Gruby – Patrz, mówi jeden. Już dwie godziny z nami leci i jeszcze się nie przedstawił!

– Ostrzegam pana, że ten słowny atak na dobre imię naszego klienta może zakończyć się konsekwencjami, których nie będzie pan w stanie unieść – podniósł głos mecenas.

– Konsekwencji to ty zaraz nie uniesiesz – uniósł się jeden z kibiców sportów zimowych. – Dowcipów o Adasiu nie można opowiadać?

– O panu Adamie, tak będzie zręczniej. Oczywiście, że można. Ale z kulturą, bez obrażania. W naszej kancelarii opracowaliśmy wersje większości dowcipów o naszym kliencie, które nie tracąc nic ze swojej śmieszności, nie wyczerpują znamion przestępstwa – prawnik wyjął z teczki gruby skoroszyt.

– Ty, papuga, to jak opowiesz ten dowcip o bocianach? – odezwał się kolejny zdenerwowany klient baru „U Śledzia”.

– Oczywiście, proszę bardzo – nazwany „papugą” zajrzał do notatek. – W powietrzu szybuje majestatycznie pan Adam Małysz, gwiazda naszego sportu, ambasador Polski w sportowej Europie, obok niego, ledwo nadążając lecą dwa bociany. Popatrz, mówi jeden, jaki ten Małysz uprzejmy. Leci z nami już dwie godziny a zaraz na początku się przedstawił.

Zapadła cisza. Cisza, która z każdą chwilą niebezpiecznie narastała.

– A ja cię znam! – odezwał się nagle Gruby. – Ty jesteś synem Ziutka Gralaka, cztery klatki obok. Pamiętam cię Franuś, jak obsmarkany ryczałeś w piaskownicy, bo Hela od Kociemniaków przywaliła ci łopatką między oczy. Patrzcie państwo, teraz mecenas pełną gębą! Pani Krysiu, piweczko dla Franeczka, sorry pana mecenasa.

•  •  •
Kryzys chwilowo minął. Po czwartej kolejce nie było już sądów, mecenasów i klientów.

– Franek! Albo mi powiesz o co tu chodzi, albo normalnie… – Gruby powrócił do nurtującego go problemu.

– Gruby, kurde powiem, ale w tajemnicy – Franuś w rozluźnionym krawacie sam stał się rozluźniony. – Małysz zarabia teraz duże pieniądze. A tak już jest na tym świecie, że jak ktoś zarabia, musi dzielić się z prawnikami. Naród zapomni o Małyszu, prawnicy zapomną o Małyszu. Ty sobie rysuj, a my fakturkę raz w miesiącu na osiemdziesiąt tysięcy za ochronę prawną wystawiamy i wyślemy poleconym do Wisły. No to zdrowie Adasia!

Tekst: Piotr Gabrysz (2002), na Sadurski.com od marca 2002

Spodobało się? UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedInPin on PinterestShare on VKEmail this to someone