Czy powinniśmy wstydzić się polskiego komiksu?

komiksy komiks informacje wystawy ciekawostki

Interesujący tekst Wojciecha Łowickiego dla Sadurski.com, na temat przeszłości i teraźniejszości komiksu polskiego

Komiks ma ponad sto lat. W ciągu tego czasu dorobił się w szerokim świecie miana sztuki (popularnej). Co prawda, uznanie go za sztukę miało miejsce w Sądzie Federalnym w amerykańskim Bridgeport, gdzie dnia 2 maja 1969 roku jedenastu ławników stwierdziło, że „komiks jest sztuką”. Stało się tak za sprawą niejakiego Morta Walkera, którego darowizna dla pewnej biblioteki, składająca się z oryginalnych rysunków, dopiero po uznaniu ich za sztukę mogła dać mu ulgę podatkową.

Są kraje, gdzie świętuje się dni komiksu z większą fetą niż w Polsce najważniejsze święta kościelne. A u nas ciągle traktowany jest z rezerwą. Nikt, kto chce zrobić poważną karierę w polityce, czy w biznesie nie przyzna się do sympatyzowania obrazkowym opowieściom, choćby prywatnie był nawet ich fanem. Nieliczne są też przypadki kiedy profesorzy uczelni artystycznych za przykład do naśladowania wskazywaliby twórców komiksowych. Na komiks narzucono odium. Wszechwiedząca krytyka nie chce widzieć w nim czegoś więcej niż tylko prostej – wręcz prostackiej – formy: ni to sztuki, ni to literatury. Nie jest tak od dziś. Sytuacja ta ma uzasadnione historyczne podłoże. W naszym kraju przez lata panował ustrój polityczny, który negował wszystko co posiadało proweniencję zachodnią. Lata PRL-u były trudne nie tylko dla muzyków jazzowych, czy prywatnych przedsiębiorców, ale też wielbicieli narodzonego w Stanach Zjednoczonych komiksu.

Historyjki obrazkowe

Już sama nazwa gorszyła. Zaproponowano określenie „historyjka obrazkowa”. Drukowano go rzadko i czasem ze strachem. Jak wtedy, gdy ukazał się w „Świecie Młodych” pierwszy odcinek przygód Romka i A’Tomka. Był rok 1957. Związek Radziecki wypuścił w kosmos pierwszego sputnika. Henryk Jerzy Chmielewski, etatowy plastyk, płynącej „z prądem” harcerskiej gazety, trzymał w szufladzie dwa lata wcześniej narysowaną tę właśnie kosmiczna opowiastkę. Nadarzyła się więc okazja. Wszystko się zgadzało. I temat, podkreślający dokonania naszych towarzyszy i zwierzę doświadczalne – małpka Tytus – podobnie jak nieco później wystrzelona w kosmos, z biletem w jedną stronę, radziecka suka Łajka. Z niepewnością, ale podjęto decyzję o druku. Przyszło wiele listów. Pozytywnych. Z prośbą o ciąg dalszy. Także syn ważnego członka Wydziału Prasy KC wstawił się za bohaterami Chmielewskiego. To na pewno pomogło.

Niedługo później ten produkt „zgniłego Zachodu” paradoksalnie zaczęto drukować oficjalnie w milionowych nakładach! Mało tego. Został zaprzężony do udźwignięcia bagażu propagandy. Miał poprzez przykładnych bohaterów wychowywać młodzież socjalistyczną.

Socjalistyczny komiks polski

Stało się tak z dwóch powodów. Zresztą bardzo zrozumiałych. Ówczesna młodzież i tak (jak po zakazany owoc) sięgałaby po komiksy, choćby sprowadzane nielegalnie, zza „żelaznej kurtyny”. Należało dać jej coś w zamian, coś swojskiego. A po drugie: na komiksie przecież można było zarobić. „Zgłodniali” czytelnicy stanowili dobry target. Jak stwierdził ppłk Władysław Krupka, twórca kapitana MO Żbika, chodziło o stworzenie polskiego bohatera, oficera, który zjednałby sobie czytelników, a przy okazji poprawił wizerunek polskiego milicjanta. Musiał więc stróż prawa być nienaganny w manierach a moralnie bez skazy. Ponadto miał być wysportowany i ofiarny – pomagać dzieciom i zwierzętom. Ileż nakombinował się Grzegorz Rosiński (dziś jeden z najwybitniejszych twórców europejskich) przy projektowaniu swojej pierwszej okładki do serii o kpt. Żbiku („Diadem Tamary”). Narysował bohaterskiego milicjanta bez nakrycia głowy. Skandal! Jednak tłumaczenie rysownika, że kapitan pokazany był podczas walki, uspokoiło cenzorów: Czapka przecież mogła spaść podczas szarpaniny z przestępcą. Gdzie indziej zamiast słów „szczęść Boże”, użytych nieopatrznie przez scenarzystę (musiało być to przejęzyczenie, gdyż scenariusze pisali wysoko postawieni oficerowie KG MO) zastosowano zwrot „cześć pracy”. To było zdecydowanie poprawniejsze… Zresztą przykładów ingerencji, czy zaleceń cenzury w komiksach tamtych czasów można doliczyć się ogromnych ilości. A ile przemyconych treści cenzura nie zauważyła! Choćby w serii „Pilot śmigłowca” tablica rejestracyjna z numerem: WAŁ 1981 (ukryto tu skrót od nazwiska przywódcy Solidarności).

Bardziej niż jakość artystyczna liczyła się treść. Skrupulatnie zresztą opracowywana. Nie można było pozwolić na błędy, zwłaszcza polityczne. Wszystko musiało układać się zgodnie z wytycznymi Partii. Tu dochodzę do przekonania, że ta dbałość o treść, przesłoniła cenzorom baczenie na formę. A ta, mało że naśladowała klasyczna amerykańską, to jeszcze narodziły się indywidualności. Zdarzało się, że rysownicy, którzy w zamierzeniu wydawcy mieli pozostać anonimowi, stali się niemalże narodowymi bohaterami, jak autorzy Funky Kovala na początku lat 80-tych.

W wolnej Polsce

Czasy się jednak zmieniły. Nie musimy się już obawiać represji za nasze poglądy. Zatem nie wstydźmy się przyznać do naszego sympatyzowania komiksowi. Bądźmy bohaterami naszych czasów. Powiedzmy: w Polsce przyszedł czas na komiks. Przecież już w 1997 roku dokonano otwarcia, w państwowym Muzeum Okręgowym w Toruniu, pionierskiej dużej wystawy poświęconej komiksowi („Komiks polski 1957 – 1991”). Dzisiejszy świat coraz bardziej swą skrótowością w pokazywaniu wszystkiego co nas otacza, bardzo zbliża się do narracji komiksowej. A sam komiks, jak każdy inny kierunek twórczości może być zarówno kiczem, nieudaną próbą zdobycia widza, lub też dziełem sztuki, mogącym poszerzać horyzonty lub zmieniać poglądy odbiorców. Najważniejsze to dać szansę twórcy, spróbować zrozumieć co chce nam powiedzieć, albo po prostu zachwycać się kreską, z której, za pomocą wyobraźni, powstają nowe światy.

W kolejnych odsłonach moich opowieści o komiksie będę chciał pokazać, już bardziej szczegółowo, to co było, to co jest, a może i to co będzie działo się wokół dziewiątej muzy – jak niektórzy nazywają poetycko interesujący nas gatunek. Zajrzę do arcyciekawego świata fantazji i fantastyki. Nie omieszkam sięgnąć też głębiej i odkryć mroczną stronę komiksowej historiografii. Pokazać niewypały, ale i hity. Pokazać całą prawdę, nawet gdyby była zupełnie naga. Pogawędzę o życiu i twórczości polskich i zagranicznych komiksiarzy. Czasem delikatnie, a czasem brutalnie opowiem o tym, co wiem. A wiem niemało…

Tekst: Wojciech Łowicki
2011-10-13

Spodobało się? UdostępnijShare on FacebookShare on Google+Tweet about this on TwitterShare on LinkedInPin on PinterestShare on VKEmail this to someone