Zapraszamy do lektury rozmowy z mecenasem Adamem Kowalskim, doświadczonym prawnikiem specjalizującym się w prawie własności intelektualnej oraz zwalczaniu nieuczciwych praktyk rynkowych w sieci. W dobie lawinowo rosnącej liczby zautomatyzowanych wezwań do zapłaty, nasz ekspert demaskuje kulisy działalności firm, takich jak PicRights. Poniższy wywiad ma na celu uświadomienie właścicielom stron internetowych, że za groźnymi e-mailami często kryją się błędy algorytmów i próby psychologicznej manipulacji. Dowiesz się z niego, jak zweryfikować legalność roszczenia w zaledwie minutę i jakie kroki podjąć, aby skutecznie uchronić się przed próbą wyłudzenia pieniędzy za zdjęcia, które w rzeczywistości są dostępne na wolnych licencjach.
Po naszych dziennikarskich śledztwach w sprawie Nationwide Legal oraz niemieckiego Copytrack, tym razem portal Sadurski.com bierze pod lupę PicRights – szwajcarską firmę, która nęka (nie tylko) polskich webmasterów żądaniami zapłaty za zdjęcia, na przykład z Wikipedii. Działamy w interesie publicznym i zgodnie z prawem przekazujemy rzeczywiste informacje na temat sprawy.
Żądania zapłaty za bezpłatne zdjęcia – początek wywiadu
Sadurski.com: – Właściciele stron www z całego świata coraz częściej dostają dziwnej treści e-maile, podobno od firm prawniczych. Najczęściej nieistniejący w rzeczywistości „prawnicy” żądają pieniędzy twierdząc, że mają prawo do opublikowanych w sieci ilustracji. Często dotyczy to zdjęć z Wikipedii, bezpłatnych banków zdjęć, a niektórzy mają nawet płacić za… wykonane przez siebie zdjęcia (!). O co tu chodzi?
Mec. Adam Kowalski: – Mamy do czynienia ze zjawiskiem automatyzacji roszczeń, gdzie algorytmy identyfikują podobieństwo wizualne bez weryfikacji źródła i licencji. Firmy te masowo rozsyłają wezwania, licząc na efekt skali i zastraszenie odbiorcy żargonem prawniczym. Systemy te są głęboko wadliwe, ponieważ boty ignorują status prawny obrazu, co prowadzi do absurdalnych żądań za zdjęcia z domeny publicznej, a nawet za własną twórczość autora strony. To agresywny model biznesowy nastawiony na szybką ugodę, a nie realną ochronę własności intelektualnej.
Czy e-mail od PicRights to pismo procesowe?
Co w tej sytuacji ma zrobić uczciwy, przestraszony webmaster? Tłumaczyć się, wyjaśniać? Przecież w e-mailu – żądaniu zapłaty nikt nawet nie próbuje uwiarygodnić tego, że ma prawa autorskie do konkretnej ilustracji. W e-mailu nawet nie było imienia i nazwiska osoby która rzekomo złamała prawo.
Przede wszystkim należy opanować emocje i nie podejmować żadnych działań pod wpływem impulsu. Proszę pamiętać, że w świetle prawa ciężar dowodu spoczywa na osobie wysuwającej roszczenie, a ogólnikowy e-mail bez wskazania konkretnych danych dłużnika oraz dowodu nabycia autorskich praw majątkowych nie jest pismem procesowym, lecz ofertą handlową zawarcia ugody. Odradzam jakiekolwiek tłumaczenie się lub wchodzenie w dialog, gdyż każda odpowiedź potwierdza aktywność odbiorcy i zachęca nadawcę do dalszej presji. Najskuteczniejszą strategią jest fizyczne usunięcie spornego zdjęcia z serwera, aby wyeliminować stan rzekomego naruszenia, i całkowite zignorowanie korespondencji. Płacenie za zdjęcie, które pobrano z Wikipedii lub wykonano samodzielnie, byłoby legitymizowaniem bezprawnych praktyk.
Analiza fachowości i języka korespondencji windykacyjnej
A może wśród oszustów – bo tak należy nazwać te działania, są też autentyczne kancelarie prawne. Czy taka kancelaria postępuje w ten sposób?
Poważna kancelaria prawna nigdy nie operuje w ten sposób, ponieważ naruszałoby to etykę zawodową i standardy procesowe. Autentyczne wezwanie musi być precyzyjne: powinno zawierać pełnomocnictwo od twórcy, dokładne wskazanie daty naruszenia oraz wykazanie posiadania autorskich praw majątkowych do konkretnego dzieła. Kancelarie dbające o reputację nie wysyłają tysięcy zautomatyzowanych e-maili do anonimowych odbiorców, lecz kierują zindywidualizowane pisma do konkretnych podmiotów. Działania polegające na masowym rozsyłaniu szablonowych gróźb bez uprzedniej weryfikacji stanu faktycznego są domeną podmiotów nie mających wiele wspólnego z działalnością o charakterze prawnym. Jeśli e-mail jest anonimowy i masowy, należy traktować go jako próbę wyłudzenia, nawet jeśli w stopce widnieje nazwa sugerująca podmiot prawny.

Analiza fachowości i języka korespondencji windykacyjnej PicRights
Nie jestem prawnikiem jak pan, ale gdybym miał 100% pewności że ktoś ewidentnie złamał prawo autorskie, wynająłbym kancelarię prawną, ta ustaliłaby osobę / firmę, wysłała do niej pocztą (nie elektroniczną) oficjalne pismo prawnicze i poprosiła o usuniecie ilustracji. W przypadku braku reakcji, podałbym do sądu i zażądał na przykład miliona dolarów. Dlaczego rzekomi prawnicy tak nie robią, ale wysyłają e-maila?
Pańska intuicja trafnie definiuje rzetelną ścieżkę prawną, jednak w tym przypadku cel jest zupełnie inny niż realna ochrona prawa. Firmy te operują e-mailowo, ponieważ koszt wysłania miliona wiadomości jest niemal zerowy, podczas gdy wynajęcie kancelarii i poświęcenie godzin pracy do indywidualnej sprawy o 800 złotych jest ekonomicznie nieopłacalne. Wybierają drogę elektroniczną, bo ich model biznesowy opiera się na statystyce: jeśli na tysiąc wysłanych gróźb dziesięć osób zapłaci „dla spokoju”, firma osiąga czysty zysk bez ponoszenia kosztów sądowych. Oficjalna droga pocztowa wymagałaby od nich ustalenia konkretnych danych adresowych i poniesienia opłat, co przy masowej skali i wątpliwych dowodach zrujnowałoby ich budżet. Oni nie chcą procesu, bo w sądzie musieliby wykazać dowody, których często nie mają – oni chcą jedynie szybkiego przelewu wygenerowanego przez strach.
Mechanizm działania globalnych firm windykacyjnych i prawo autorskie
„Często nie mają”? Ile dotychczas było takich spraw sądowych na świecie? Obawiam się, że to pojedyncze przypadki – proszę powiedzieć, ile ich było.
W skali milionów rozsyłanych wezwań, liczba spraw, które faktycznie trafiają na wokandę, jest marginalna i statystycznie bliska zeru. W Polsce nie odnotowano dotychczas żadnego wyroku, w którym zagraniczny podmiot typu PicRights skutecznie pozwałby małego wydawcę lub blogera o pojedyncze zdjęcie; zazwyczaj kończy się na etapie e-mailowego nękania. Na świecie takie procesy to rzadkie przypadki pokazowe, wymierzone w duże korporacje, gdzie gra toczy się o ogromne kwoty, a nie o kilkaset złotych. Dla tych firm proces to ryzyko – przegrana przed sądem mogłaby stworzyć precedens, który zniszczyłby ich cały model biznesowy oparty na zastraszaniu. Dlatego wolą wysłać milion darmowych e-maili, niż zaryzykować jeden kosztowny i niepewny proces w obcym kraju.

Tego typu e-maile dostaję średnio raz w tygodniu, jest kilka powtarzających się podmiotów – najczęściej nie istniejących w rzeczywistości, które co jakiś czas zmieniają adresy swoich stron www. Jak poważne jest to obecnie zjawisko? Liczba postów od nękanych osób lawinowo rośnie.
Mamy obecnie do czynienia z globalną epidemią nadużyć, którą w środowisku prawniczym określamy mianem „przemysłu roszczeniowego”. Fakt, że te podmioty regularnie zmieniają domeny i adresy, jest typowy dla operacji typu hit-and-run, mających na celu uniknięcie odpowiedzialności i blokad antyspamowych. Skala zjawiska jest bezprecedensowa – tysiące nowych postów na forach dla webmasterów to tylko wierzchołek góry lodowej, świadczący o tym, że ataki są generowane przez coraz doskonalsze skrypty AI. Ta lawinowa liczba zgłoszeń potwierdza, że nie jest to działanie prawne, lecz masowa operacja psychologiczna nastawiona na eksploatację masowego odbiorcy. Poważne firmy i kancelarie nie działają w modelu, który wymaga ciągłego ukrywania własnej tożsamości i migracji serwerów.
Jeden z takich e-maili Pan przeczytał. Czy jest napisany fachowo, prawniczo? Czy taka osoba i firma w ogóle istnieje?
Ten e-mail to klasyczny przykład masowej korespondencji windykacyjnej, która z profesjonalnym pismem prawniczym ma niewiele wspólnego. Język jest nienaturalny, pełen kalk językowych i błędów (np. „przez zł800.00”), co sugeruje użycie automatycznego tłumacza, a nie nadzór polskiego prawnika. PicRights Europe GmbH faktycznie istnieje jako podmiot zarejestrowany w Szwajcarii, jednak działa on jako komercyjna, prywatna agencja windykacyjna, a nie kancelaria prawna. Postać wymieniona jako „Compliance Officer” to pracownik administracyjny działu egzekucji, a nie mecenas reprezentujący stronę przed sądem i na 99,9% nie zna sprawy, po prostu zostało tu użyte jego nazwisko. Pismo to nie zawiera żadnych dowodów na posiadanie praw do zdjęcia, a jedynie linki do ich własnego systemu, co w polskim procesie cywilnym nie stanowiłoby wystarczającego dowodu naruszenia.

Cudowna zamiana. Jak bezpłatne zdjęcie stało się płatnym
W żądaniu zapłaty, PicRights powołuje się na PA Images. Co to za firma i jakim cudem mogła wejść w posiadanie zdjęcia zrobionego przez Erica Harlowa, z którego każdy może korzystać bezpłatnie?
PA Images to marka należąca do PA Media, czyli brytyjskiej narodowej agencji prasowej (dawniej Press Association). To potężny gracz, odpowiednik Polskiej Agencji Prasowej. Dysponują gigantycznym archiwum, a obecność nazwy PA Images w piśmie ma wywołać u odbiorcy „efekt mrożący”. Masz odnieść wrażenie, że zadarłeś z instytucją państwową. Jak to możliwe, że (podobno) PA Images rości sobie prawo do darmowego zdjęcia? Scenariusze są dwa i oba stawiają PicRights w fatalnym świetle.
Pierwszy to błąd „nienasyconego algorytmu”. PA Images masowo skupuje archiwa mniejszych agencji i fotografów. Ich boty indeksują miliony zdjęć. Jeśli Eric Harlow (link do prawy poniżej) kiedykolwiek współpracował z jakąś agencją lub jego zdjęcie zostało „zassane” przez komercyjną bazę bez weryfikacji metadanych CC, system automatycznie flaguje je jako płatne. Algorytm nie sprawdza, czy autor wcześniej udostępnił ten kadr światu za darmo – on szuka jedynie wizualnego podobieństwa.
Drugi scenariusz jest bardziej cyniczny. To bezzasadna uzurpacja. PicRights liczy na to, że nikt nie będzie „kopać” w historii pliku sprzed prawie 20 lat. Powołanie się na taką potęgę jak PA Images służy uwiarygodnieniu swego działania. Kwota 800 zł w przypadku amatorskiego zdjęcia z projektu Geograph jest absurdalnie wysoka i całkowicie oderwana od realiów rynkowych. W ten sposób prywatna firma próbuje sprzedać „darmową wodę z kranu” w cenie luksusowego szampana – licząc na to, że wystraszony logotypem wielkiej państwowej agencji webmaster nie sprawdzi faktycznego źródła zdjęcia.
WAŻNE
> Tu opisana szerzej sprawa zdjęcia Erica Harlowa
Dlaczego muszę się logować na zewnętrznej stronie, żeby zobaczyć „dowody”?
Osoby korzystające z Internetu mają świadomość spamu, nie klikają w linki z nieznanych e-maili, a tutaj żeby dowiedzieć się czegoś więcej – trzeba wejść na stronę www, zalogować się, podać hasło, swoje dane. Czy tak działa kancelaria prawna?
Absolutnie nie – żadna szanująca się kancelaria prawna nie zmusza adresata do logowania się w zewnętrznych systemach, aby poznać treść zarzutów czy zobaczyć dowody. W rzetelnym obrocie prawnym dowody naruszenia powinny być dołączone bezpośrednio do pisma w formie czytelnych załączników. Wymóg logowania, podawania hasła i danych osobowych na prywatnej platformie podmiotu trzeciego stoi w sprzeczności z zasadami bezpieczeństwa cyfrowego oraz ochrony danych osobowych (RODO). Takie rozwiązanie służy wyłącznie celom operacyjnym firmy windykacyjnej: pozwala im śledzić aktywność odbiorcy, zbierać jego metadane i potwierdzać, że „ofiara” podjęła interakcję, co z punktu widzenia prawa nie ma żadnego znaczenia merytorycznego. To mechanizm typowy dla platform sprzedażowych i windykacyjnych, a nie dla profesjonalnej komunikacji procesowej.
PicRights: Globalny potentat czy sprytny model biznesowy?
www.picrights.com – co to za strona, do kogo należy, co na niej jest? Czy wygląda na uczciwy biznes?
Strona ta należy do komercyjnej korporacji windykacyjnej z siedzibą w Szwajcarii, która pozycjonuje się jako podmiot zarządzający prawami autorskimi w imieniu wielkich agencji prasowych. Witryna jest zaprojektowana profesjonalnie i nowocześnie, prezentując ofertę „technologii ochrony obrazu”, co ma budować wizerunek nowoczesnej i legalnie działającej firmy technologicznej. Pod płaszczem estetycznego designu kryje się jednak centrum operacyjne mechanizmu, który służy do masowego generowania wezwań do zapłaty. Choć formalnie jest to zarejestrowany biznes, jego model operacyjny opiera się na kontrowersyjnych praktykach, które trudno nazwać etycznymi – polegają one na automatycznym monetyzowaniu zdjęć zlokalizowanych w sieci, przy braku merytorycznej weryfikacji. W środowisku prawniczym taka działalność, mimo pozorów profesjonalizmu, jest powszechnie klasyfikowana jako agresywny windykacyjny trolling.
Ryzyko sądowe: Czy groźba procesu jest realna?
Zaraz… Mają podobno oddziały na całym świecie (Kanada, Australia, Brazylia, kraje Europy), chwalą się logotypami (czyli chyba współpracą) z Paris Match, Reuters, AFP, wielkimi organizacjami dziennikarskimi i fotograficznymi. Działalność na skalę światową. Na pewno poza stroną picrights.com są tysiące informacji i opinii na temat wielkiego, światowego potentata prawnego. Naprawdę to globalna marka czy może ściema?
To nie jest ściema w sensie istnienia, to globalna korporacja windykacyjna, która najprawdopodobniej faktycznie ma podpisane umowy z gigantami takimi jak Reuters czy AFP. Paradoks polega na tym, że te wielkie agencje, nie chcąc same ścigać drobnych blogerów, „outsourcują” to zadanie podmiotom takim jak PicRights, dając im prawo do używania swoich logotypów dla uwiarygodnienia presji. Globalny zasięg nie oznacza jednak, że ich metody są uznawane za standard prawny. W sieci znajdziemy tysiące negatywnych opinii i poradników prawnych z całego świata, które określają ich działalność mianem „legalnego wymuszenia”. Ich potęga to nie autorytet prawniczy, lecz potęga procesora i algorytmu AI, który pozwala im na globalną skalę monetyzować drobne uchybienia, na które żadna poważna redakcja nie traciłaby czasu. To globalny potentat, ale w branży, która budzi ogromne kontrowersje etyczne i prawne w każdym z krajów, w których operuje.
licencja Creative Commons. Ile szwajcarską firmę kosztowałby sądowy proces w Warszawie o 800 zł?
Taki potentat na pewno obraca milionami i nie będzie miał problemu z udowodnieniem w sądzie że jakiś bloger z Polski ukradł zdjęcie. Nawet jeśli sprawa sądowa przed sądem w Warszawie będzie ich sporo kosztować.
Właśnie na tym polega najczęstszy błąd w ocenie sytuacji: zakładamy, że skoro kogoś stać na proces, to go wytoczy. W rzeczywistości korporacje takie jak PicRights kierują się wyłącznie chłodnym rachunkiem zysków i strat, a nie chęcią wymierzania sprawiedliwości. Wytoczenie procesu w Polsce wymagałoby od nich udowodnienia pełnego łańcucha uprawnień do konkretnego pliku, co przy zdjęciach agencyjnych sprzed lat jest procesowo karkołomne i ryzykowne. Przegrana w warszawskim sądzie byłaby dla nich katastrofą wizerunkową i prawną, ponieważ stworzyłaby publicznie dostępny precedens, który mogliby wykorzystać inni nękani właściciele stron www. Oni wolą zachować status „niepokonanego potentata” który tylko grozi, niż ryzykować konfrontację z polskim sędzią, który mógłby uznać ich roszczenie za bezzasadne lub kwotę za rażąco wygórowaną.

Dlaczego duże agencje unikają konfrontacji w polskich sądach?
Gdzie jest siedziba tej firmy? Ile konkretnie kosztowałby ich proces w Warszawie, który na pewno by wygrali (przecież ostro twierdzą że na pewno mają prawa autorskie), więc koszta zostaną im zwrócone. Proszę oszacować koszty takiego procesu.
Siedziba PicRights Europe GmbH znajduje się w Szwajcarii, w miejscowości Pfäffikon (kanton Schwyz). Choć Szwajcaria kojarzy się z prestiżem, w tym przypadku jest to lokalizacja strategiczna, utrudniająca bezpośrednią komunikację prawną i reklamacyjną spoza ich systemu.
Jeśli chodzi o koszty procesu w Warszawie o kwotę 800 zł, to kalkulacja wygląda następująco:
Wpis sądowy: To najmniejszy wydatek, około 100 zł (przy tej wartości przedmiotu sporu).
Tłumaczenia przysięgłe: To ich „pięta achillesowa”. Musieliby przetłumaczyć na polski pełnomocnictwa, umowy z agencjami (np. AFP czy Reuters) oraz dokumentację techniczną zdjęcia. Koszt: minimum 1500–3000 zł, którego sąd często nie zwraca w całości.
Zastępstwo procesowe: Koszt wynajęcia polskiego adwokata, który musiałby stawić się w sądzie (lub brać udział online). Nawet przy wygranej, sąd zasądziłby im zwrot kosztów zastępstwa według stawek minimalnych, czyli zaledwie kilkaset złotych, co nie pokryłoby realnej faktury kancelarii.
Twierdzenie, że „na pewno by wygrali”, jest ich najsilniejszą bronią psychologiczną, ale procesowo to bardzo kruchy lód. W Polsce muszą udowodnić nie tylko naruszenie, ale przede wszystkim precyzyjny łańcuch praw autorskich od fotografa przez agencję, aż do ich firmy. Jeśli zdjęcie pochodzi z darmowego źródła lub zostało błędnie oznaczone przez bota, przegrywają z kretesem i muszą pokryć koszty Twojego prawnika. Ryzyko wydania kilku tysięcy złotych bez gwarancji sukcesu sprawia, że proces o 800 zł jest dla nich biznesowym samobójstwem.
Nowe plagi w sieci: Wyłudzenia linków i spam prawny
Światowa firma, tylu prawników. Nikt nie miał minuty, żeby zlokalizować zdjęcie, które dla każdego na świecie jest natychmiast w zasięgu ręki, tak po prostu wysuwa poważne zarzuty prawne i chce pieniędzy? Takich przykładów są tysiące, webmasterzy opisują swoje sprawy w sieci. Moim zdaniem to nie jest pomyłka – to NIE są pojedyncze przypadki.
Zobacz też – podobne sprawy:
> Jak nie dać się oszwabić Niemcowi z Copytrack
> National Legal – oszuści już w Polsce


