Dwie Nagrody Nobla, dwa odkryte pierwiastki, miliony uratowanych ludzkich żyć dzięki radioterapii i jedna cena, którą zapłaciła ona sama. Maria Skłodowska-Curie nosiła w kieszeniach śmierć, która świeciła w ciemności. Do dzisiaj jej notesy zabijają szybciej niż większość współczesnych brudnych bomb (gdyby zostały użyte). Radioaktywność początkowo nie była zbadana
Jak naprawdę wyglądała codzienna praca Skłodowskiej z radem
W maleńkim laboratorium przy rue d’Ulm w Paryżu nie było wentylacji, nie było masek, nie było nawet rękawiczek. Maria Skłodowska-Curie mieszała tony rudy uranowej w żeliwnych garnkach, a potem osobno ekstrahowała mikroskopijne ilości czystego radu. Próbki tak mocno świeciły niebiesko-zielonym blaskiem, że wieczorami wyjmowała je z szuflady i czytała przy nich jak przy lampce nocnej. Mówiła, że to najpiękniejsze światło, jakie widziała w życiu. Pracownicy pobliskich kamienic skarżyli się, że w nocy przez szpary w oknach laboratorium widać upiorną poświatę. Nikt wtedy nie wiedział, że to światło oznacza tysiące rozpadów atomowych na sekundę.
Kieszeń pełna śmierci, która leczy raka
Radowy bromek w szklanych fiolkach Maria nosiła w kieszeni fartucha, bo była to najcenniejsza substancja na świecie – gram kosztował więcej niż diament o tej samej wadze. Gdy wychodziła z laboratorium, fiolka z radem w jej kieszeni świeciła tak mocno, że prześwietlała kliszę fotograficzną przez materiał fartucha w kilka minut. Gdyby miała licznik Geigera (został wynaleziony w 1928 roku), jego wskazania tańczyłyby jak szalone.
Pracowała po 14-16 godzin na dobę, a w przerwach pisała w notesie, który dziś jest tak radioaktywny, że gdyby trzymać go w rękach przez godzinę dostałbyś dawkę promieniowania taką, jak kilka prześwietleń rentgenowskich całego ciała. Na marginesach tych notatek widać odciski palców wypalone promieniowaniem – skóra Marii dosłownie zostawiła ślad na papierze, zanim sama się rozpadła. Choć od jej śmierci minęło blisko 100 lat (Skłodowska zmarła w 1934 roku) notes wciąż promieniuje.
Książka kucharska zabija wolniej niż cyjanek
W mieszkaniu Skłodowskich w Paryżu stała zwykła książka kucharska z przepisami na pierogi i bigos. Po śmierci Marii Skłodowskiej-Curie trafiła do zbiorów Biblioteki Narodowej Francji razem z resztą jej rzeczy. Okazało się, że jest skażona radem na poziomie 150 000 bekereli. Wystarczyło kilka godzin przeglądania stron bez ochrony, aby dostać chorobę popromienną. Żeby otworzyć tę książkę, dziś trzeba założyć kombinezon ochronny, rękawice ołowiane i podpisać oświadczenie, że robi się to na własną odpowiedzialność. Pracownicy biblioteki żartują, że to jedyna książka kucharska na świecie, która potrafi ugotować czytelnika od środka.
Trumna w ołowianej zbroi w środku Paryża
4 lipca 1934 roku Maria Skłodowska-Curie zmarła w sanatorium w Sancellemoz. Oficjalna przyczyna śmierci brzmiała „złośliwa anemia aplastyczna”. Prawdziwa przyczyna – lata spędzone z radem bez jakiejkolwiek ochrony. Kiedy w 1995 roku przenoszono ją i zmarłego męża Pierre’a do Panteonu, naukowcy zmierzyli promieniowanie przy trumnie Marii. Wynik był tak wysoki, że zdecydowano się na dodatkowy ołowiany sarkofag o grubości 3 centymetrów.
Do dziś pod płytą z napisem „Marie Curie” leży kobieta, która 90 lat po śmierci emituje 0,2 milisiwerta na godzinę – tyle, ile dostaje się podczas lotu samolotem nad Atlantykiem. Każdego roku tysiące turystów składa kwiaty na grobie, który świeci w środku jak mały reaktor.
Notesy, które będą zabijać przez następne 3200 lat
Półka w Bibliotece Narodowej Francji, skrzynie wyłożone 5-milimetrowym ołowiem, temperatura stała 18 stopni. W środku 47 laboratoryjnych zeszytów Marii. Najstarszy z nich będzie niebezpieczny jeszcze przez 3200 lat – tyle wynosi okres połowicznego rozpadu radu-226, którego pył wniknął w papier. Naukowcy szacują, że w notesach jest wciąż około 100 mikrogramów radu – ilość, która wystarczy, by wywołać śmiertelną chorobę popromienną u kilkudziesięciu osób. Francuskie służby antyterrorystyczne mają te skrzynie na specjalnej liście obiektów podwyższonego ryzyka.
Radioaktywność. Dziedzictwo, które świeci i zabija
Dzięki pracy Marii Skłodowskiej-Curie co roku miliony pacjentów wygrywają z rakiem dzięki precyzyjnej radioterapii. Jednocześnie jej własna śmierć była najdłuższą i najbardziej bolesną reklamą tego, czym naprawdę jest promieniotwórczość bez ochrony. Rad, który odkryła, uratował życie milionom, ale najpierw zabił swoją odkrywczynię, jej męża, jej córkę Irène (też zmarła na białaczkę), laborantów, asystentów i dziesiątki innych osób, które miały nieszczęście stać zbyt blisko świecących probówek z materiałem radioaktywnym. To dziedzictwo wciąż żyje – w szpitalach, elektrowniach i w ołowianych skrzyniach, które przypominają, że niektóre odkrycia są warte więcej niż ludzkie życie, które kosztują.
Radioaktywność: (c) Sensacje Sadurski.com / GR
Zobacz też:
> Gdyby dinozaury na wyginęły
> Synod trupi: odkopane ciało papieża przed sądem


