Rtęć jako lekarstwo fascynowała medyków XVII wieku, obiecując uzdrowienie z kiły, ale niosąc za sobą ból, zatrucie i często śmierć. W epoce, gdy choroby weneryczne pustoszyły Europę, a Jan III Sobieski zmagał się z ich skutkami, rtęciowe kuracje – od pigułek po łaźnie – stały się zarówno nadzieją, jak i przekleństwem, odsłaniając mroczną stronę dawnej medycyny. Ta historia, pełna desperackich prób leczenia i tragicznych konsekwencji, pokazuje, jak daleko posuwano się w walce z chorobą, gdy nauka mieszała się z alchemią
Rtęć jako lekarstwo. Początki i popularność w XVII wieku
W XVII wieku rtęć zyskała status cudownego specyfiku, szczególnie w walce z kiłą – chorobą, która siała spustoszenie wśród arystokracji i zwykłych ludzi. Kiła, zwana wówczas „chorobą francuską” lub „hiszpańską”, pojawiła się w Europie pod koniec XV wieku, prawdopodobnie przywleczona z Nowego Świata (Ameryki). Jej objawy – wrzody, gorączka, bóle kości, a w końcowych stadiach także demencja – budziły przerażenie, a brak skutecznych leków zmuszał medyków do eksperymentów.
Rtęć, znana od starożytności dzięki alchemikom, była ceniona za swoje właściwości toksyczne, które wierzono, że zabijają tę chorobę. Lekarze, tacy jak Paracelsus w XVI wieku, promowali ją jako uniwersalne antidotum, twierdząc, że oczyszcza organizm, wypędzając „złe humory”. W XVII wieku rtęciowe kuracje stały się standardem, zwłaszcza w Europie Zachodniej, skąd moda dotarła do Polski. Szpitale w Wenecji i Paryżu stosowały maści rtęciowe i pigułki, a w Rzeczpospolitej aptekarze w Krakowie i Wilnie przygotowywali własne mikstury, często na zlecenie dworu. Rtęć jako lekarstwo była podawana w różnych formach – od płynnej postaci wcieranej w skórę po proszki rozpuszczane w winie, co miało przyspieszyć wchłanianie przez organizm. Kuracje trwały tygodniami, a czasem miesiącami, wymagając od pacjentów żelaznej wytrzymałości na ból i skutki uboczne. Popularność rtęci wynikała z jej dostępności – kopalnie w Idrii (dzisiejsza Słowenia) i Almadén w Hiszpanii dostarczały ton metalu na europejskie rynki, czyniąc go towarem luksusowym, ale osiągalnym dla elit.
Zastosowanie rtęci w leczeniu kiły opierało się na wierze, że jej toksyczność niszczy bakterie, choć mechanizm ten odkryto dopiero w XIX wieku. Medycy XVII wieku, nie znając mikrobiologii, obserwowali, że rtęć wywołuje silne reakcje – obfite ślinienie, gorączkę, czasem poprawę wrzodów – co uznawano za znak działania. Jednak cena była wysoka: kuracje powodowały wypadanie zębów, drgawki i uszkodzenie nerek, a wielu pacjentów umierało nie z powodu kiły, lecz zatrucia. Mimo to rtęć jako lekarstwo była wszechobecna, bo brak alternatyw zmuszał do ryzyka.
W Polsce, gdzie kiła dotykała zarówno mieszczan, jak i dworzan, apteki królewskie, takie jak w Warszawie, przechowywały zapasy rtęci w glinianych słojach, a lekarze dworscy, jak Włoch Giovanni Battista Gemelli, z uporem graniczącym z fanatyzmem, zalecali ją pacjentom.
Jan III Sobieski i rtęciowe kuracje. Królewska walka z kiłą
Jan III Sobieski, zwycięzca spod Wiednia, stał się jednym z najsłynniejszych pacjentów rtęciowych kuracji w XVII-wiecznej Polsce, a jego zmagania z kiłą rzucają światło na dramatyczne realia epoki. Sobieski, panujący od 1674 do 1696 roku, prawdopodobnie zaraził się kiłą w młodości, być może podczas podróży do Francji lub przez kontakty na dworze, gdzie choroby weneryczne były powszechne. Jego żona, Maria Kazimiera, mogła również być nosicielką, choć źródła nie są jednoznaczne. Objawy króla – bóle stawów, utrata węchu, osłabienie – nasilały się z wiekiem, co skłoniło nadwornych medyków do zastosowania rtęci. Kuracje Sobieskiego obejmowały wcieranie maści rtęciowych w skórę, szczególnie na nogi i plecy, oraz picie napojów z dodatkiem sublimatu rtęciowego, czyli chlorku rtęci. Te zabiegi, trwające od kilku do kilkunastu tygodni, były bolesne – król skarżył się na pieczenie skóry i nudności, co opisywał w listach do Marysieńki. Śmierć Sobieskiego w 1696 roku w Wilanowie, oficjalnie na atak serca, była prawdopodobnie przyspieszona przez toksyczne działanie rtęci, które uszkodziło jego nerki i wątrobę. Analizy szczątków przeprowadzone w XXI wieku nie wykazały dużych ilości rtęci w organizmie, co sugeruje, że kuracje stosowano z przerwami, ale ich skutki kumulowały się latami.

Rtęć była stosowana także przez inne znane postaci epoki, jak francuski kardynał Richelieu czy angielski poeta John Donne, którzy poddawali się kuracjom, zmagając się z kiłą. W Rzeczpospolitej rtęć stosowano na dworach magnackich, a zapiski aptekarzy z Lublina wskazują, że nawet szlachta wiejska kupowała maści rtęciowe, często bez nadzoru lekarza. Te kuracje, choć elitarne, były dostępne dla zamożnych, bo rtęć sprowadzano z zagranicy w dużych ilościach, a jej cena była porównywalna z winem importowanym z Włoch. Jednak skuteczność pozostawała dyskusyjna – kiła ustępowała u niektórych pacjentów, ale u wielu wracała w ostrzejszej formie, a zatrucie rtęcią przyspieszało zgon. Sobieski, mimo bólu, kontynuował kuracje, wierząc w ich moc, co pokazuje desperację epoki w obliczu nieuleczalnej choroby.
Metody podawania rtęci. Od maści po łaźnie rtęciowe
Rtęć jako lekarstwo przybierała różne formy, każda bardziej inwazyjna i ryzykowna od poprzedniej, a ich stosowanie odzwierciedlało zarówno postęp, jak i chaos XVII-wiecznej medycyny. Najpopularniejsze były maści rtęciowe, przygotowywane przez aptekarzy z mieszaniny rtęci, smalcu i ziół, takich jak rumianek, dla złagodzenia pieczenia. Pacjenci wcierali je w skórę, szczególnie w miejsca dotknięte wrzodami, przez co rtęć wchłaniała się do krwiobiegu. Kuracja trwała zwykle od dwóch do sześciu tygodni, z codziennym smarowaniem, aż do pojawienia się ślinienia – znaku, że rtęć działa. Pigułki rtęciowe, często z dodatkiem cukru lub wina, były mniej powszechne, ale stosowano je u arystokracji, jak u Sobieskiego, dla szybszego efektu. Najbardziej ekstremalne były łaźnie rtęciowe, gdzie pacjentów zamykano w drewnianych kabinach, podgrzewanych do 40 stopni Celsjusza, z misami płynnej rtęci, której opary wdychano przez godziny. Te łaźnie, popularne we Włoszech i Francji, dotarły do Polski pod koniec XVII wieku, stosowane w szpitalach Krakowa i Gdańska. Sesje trwały od 10 do 30 dni, a ich intensywność prowadziła do omdleń i halucynacji, co uważano za oznakę „oczyszczenia”.
Aptekarze, często szkoleni w Padwie lub Bolonii, przygotowywali te specyfiki z precyzją alchemików, ale brak wiedzy o toksyczności rtęci sprawiał, że dawki bywały śmiertelne. Wytwarzaniem zajmowali się zarówno lokalni rzemieślnicy, jak i kupcy sprowadzający rtęć z kopalni Idrii, gdzie wydobywano ją w prymitywnych warunkach, narażając górników na zatrucie. Lekarze, jak francuski medyk Guy de la Brosse, zalecali rtęć jako lekarstwo z entuzjazmem, wierząc, że jej toksyczność równoważy chorobę. Jednak brak standaryzacji dawek prowadził do chaosu – pacjent mógł otrzymać od 0,5 do 5 gramów rtęci dziennie, co w większych ilościach powodowało natychmiastowe zatrucie. Te metody, choć innowacyjne dla epoki, były balansowaniem na krawędzi życia i śmierci, gdzie leczenie bywało gorsze od choroby.

Skutki uboczne i objawy zatrucia rtęcią
Rtęć jako lekarstwo, choć obiecująca, niosła za sobą katastrofalne skutki uboczne, które czyniły kuracje niemal równie groźnymi co sama kiła. Objawy zatrucia rtęcią, zwane merkuralizmem, pojawiały się szybko – już po kilku dniach stosowania maści czy pigułek pacjenci odczuwali drżenie rąk, zwane „trzęsawką rtęciową”. Wypadanie zębów, krwawienie dziąseł i metaliczny posmak w ustach były powszechne, a nadmierne ślinienie, uznawane za znak skuteczności, prowadziło do odwodnienia.
Długotrwałe stosowanie uszkadzało nerki i wątrobę, powodując żółtaczkę, obrzęki i niewydolność organów. W skrajnych przypadkach, jak u pacjentów w szpitalach weneckich, rtęć wywoływała drgawki, halucynacje i demencję, co kronikarze opisywali jako „szaleństwo rtęciowe”. Śmierć z powodu zatrucia była częsta – szacuje się, że w XVII wieku co piąty pacjent leczony rtęcią umierał z powodu jej toksyczności, a nie kiły. W Polsce, gdzie kuracje stosowano mniej systematycznie, przypadki zgonów zdarzały się rzadziej, ale magnaci, jak hetman Stanisław Koniecpolski, skarżyli się na bóle i osłabienie po rtęciowych maściach.
Skutki uboczne były szczególnie dotkliwe dla kobiet, które często otrzymywały rtęć w ciąży, co prowadziło do poronień lub deformacji płodów. W kronikach dworskich odnotowano przypadki, gdzie damy dworu, leczone na kiłę, traciły włosy i zęby, stając się obiektem plotek. Medycy, świadomi tych efektów, nadal stosowali rtęć, tłumacząc, że „choroba wymaga ofiary”. Ta filozofia, łącząca alchemię z desperacją, sprawiła, że rtęć jako lekarstwo była zarówno błogosławieństwem, jak i przekleństwem, a jej ofiary płaciły życiem za chwilową ulgę.
Alternatywne metody leczenia kiły w XVII wieku
Choć rtęć dominowała w leczeniu kiły, XVII-wieczni medycy eksperymentowali z innymi metodami, które również budziły kontrowersje. Jedną z nich było stosowanie drewna gwajakowego, sprowadzanego z Ameryki Południowej, którego wywar miał „wypocić” chorobę. Pacjenci pili gorzkie napary przez tygodnie, co powodowało biegunki i osłabienie, a skuteczność była znikoma. Inną metodą były kąpiele siarkowe, stosowane w uzdrowiskach, jak Busko-Zdrój, gdzie siarka miała oczyszczać skórę z wrzodów. Te kąpiele, choć mniej toksyczne niż rtęć, były drogie i dostępne głównie dla elit. Zioła, jak sarsaparilla czy pokrzywa, stosowano jako wspomaganie, ale ich działanie ograniczało się do łagodzenia objawów. Niektórzy medycy, zwłaszcza na wsiach, zalecali post i modlitwy, wierząc, że kiła to kara boska – ta metoda, choć nieskuteczna, była popularna wśród kleru. W porównaniu z rtęcią, te alternatywy wydawały się łagodniejsze, ale brak dowodów na ich skuteczność sprawiał, że rtęć jako lekarstwo pozostawała wyborem numer jeden, mimo swoich wad.
W Rzeczpospolitej, gdzie dostęp do egzotycznych leków był ograniczony, rtęć dominowała z powodu łatwości produkcji i wiary w jej moc. Aptekarze, jak krakowski Jan Krystianowicz, łączyli rtęć z lokalnymi ziołami, tworząc unikalne mikstury, które sprzedawano na jarmarkach. Te alternatywy, choć mniej toksyczne, nie mogły konkurować z rtęcią, która obiecywała szybkie rezultaty, nawet za cenę życia.
Rtęć w kulturze i nauce epoki
Rtęć jako lekarstwo nie ograniczała się do aptek – przeniknęła do kultury i nauki XVII wieku, stając się symbolem alchemicznych marzeń o uzdrowieniu. Alchemicy, jak Michael Sendivogius z Polski, widzieli w rtęci klucz do transmutacji metali, co łączyło jej medyczne i mistyczne zastosowanie. Na dworach, jak w Wilanowie, rtęć była tematem debat – lekarze spierali się o dawki, a poeci pisali o „srebrnej truciźnie”, która leczy i zabija. W literaturze, jak w dziełach Wespazjana Kochowskiego, rtęć pojawiała się jako metafora walki z grzechem, odzwierciedlając moralne dylematy epoki. Jednak w nauce rtęć budziła coraz większe wątpliwości – pod koniec XVII wieku, lekarze, jak Holender Herman Boerhaave, zaczęli ostrzegać przed jej toksycznością, kładąc podwaliny pod nowoczesną farmakologię. W Polsce, gdzie alchemia wciąż miała zwolenników, rtęć pozostawała w użyciu aż do XVIII wieku, gdy zastąpiły ją mniej szkodliwe specyfiki, jak jod.
Rtęć jako lekarstwo: (c) Medycyna Sadurski.com / GR
NA górnym zdjęciu: rtęć. Foto: Bionerd / cc by-sa 3.0
Zobacz też:
>
>


