Sadurski.com zbadał „firmę” Copytrack, za którą stoi niejaki Marcus Schmitt z Berlina. Samozwańczy obrońca praw autorskich, od ludzi z całego świata mających strony www, żąda pieniędzy za opublikowane zdjęcia. Na przykład takie, do których już kupili prawa autorskie albo wzięli je z bezpłatnych banków zdjęć, do czego mieli prawo. Na czym polega proceder osoby, chwalącej się na Instagramie egzotycznymi podróżami, o których niejeden uczciwy bloger może pomarzyć? Ile Schmitt zarabia pieniędzy i ile mógłby zarabiać, jeśli jego marzenia staną się faktem? Jako pierwsi w Polsce przybliżamy proceder, zanim podobnych „firm” powstanie znacznie więcej i codziennie będą nękać webmasterów
Copytrack 2026: Nowa era zautomatyzowanych roszczeń i algorytmów AI
W 2025 i 2026 roku model biznesowy Copytrack ewoluował, wykorzystując jeszcze bardziej agresywne algorytmy rozpoznawania obrazu oparte na zaawansowanej sztucznej inteligencji. Marcus Schmitt i jego berliński zespół nadal kierują swoje roszczenia w stronę grafik generowanych przez AI, mimo że ich status prawnoautorski pozostaje w wielu krajach sporny. Mimo licznych kontrowersji, firma nadal działa, a jej właściciel nie zmienił retoryki, co generuje kolejne negatywne opinie w sieci.
Zapłać za bezpłatne zdjęcie
Masz stronę www, wszystko robisz uczciwie, nagle otrzymujesz poważnie brzmiący e-mail po angielsku, z groźbami i rachunkiem na ponad 700 euro albo np. 1800 euro. Bo podobno umieściłeś cudze zdjęcie bez zezwolenia i teraz „znalazł się” jego autor albo firma mająca podobno prawa autorskie do tego zdjęcia. Każda uczciwa osoba w pierwszej chwili przestraszy się albo wpadnie w panikę. Może niektórzy dla świętego spokoju zapłacą. Ale szybko pojawia się otrzeźwienie oraz pytanie: czy tu nie chodzi o oszustwo? O próbę wyłudzenia sporej kwoty pieniędzy? I jeszcze ten KTOŚ tylko twierdzi, że ma prawa do zdjęcia, ale nawet nie próbuje tego uprawdopodobnić. Na przykład podaje nazwę (rzekomej?) firmy, a pod tą nazwą akurat działa wiele różnych firm na świecie.
Dbasz o prawa autorskie, a jeśli organizujesz zdjęcia, które trafiają na twoją www – zawsze korzystasz z banku bezpłatnych zdjęć lub płatnego stocka i zawsze kupujesz stosowną licencję. Jesteś kimś takim? Nie znaczy, że możesz spać spokojnie.
„Firm”, które prowadzą taką „działalność” jest w Internecie coraz więcej. Coraz częściej jakiś webmaster czy bloger dostaje podobne groźby, a to oznacza, że chodzi o łatwy zarobek. Zmienia się tylko nazwa, strona www i numer konta, na które musisz wpłacić swoje pieniądze. O ile oszuści (bo to prawdopodobnie zawsze są oszuści) zmanipulują nieznajomych z różnych krajów świata i ich skutecznie przestraszą.
Jeśli ze 100 e-maili wysłanych w miesiącu zapłacą tylko dwie osoby – ktoś zarobi 1,5-3 tys. euro czyli 6-12 tys. złotych. Jeśli wyśle 500 e-maili i zapłaci co dziesiąty przestraszony – zarobi powiedzmy pół miliona. Już wiesz, że to dobry „biznes” i dlaczego cwaniaczków (oszustów?) którzy tym się zajmują jest coraz więcej?
Jak Copytrack z Berlina naciąga na „prawa autorskie”
Niemiec Marcus Schmitt kilka lat temu założył firmę Copytrack oraz serwis www, w szlachetnym celu: walki z piractwem w Internecie. Nie sprawdzaliśmy w szczegółach, ale zakładamy, że taka firma rzeczywiście istnieje (numer VAT jest obecnie aktywny). Faktycznie jest zarejestrowana w Unii Europejskiej, działa w Niemczech i płaci podatki (płaci? Jak za chwilę się dowiesz, ma coroczne straty!). Więc chyba nie jest „kimś” z Afryki czy Ameryki, gdzie wielu nawet nie wie, co to takiego ta Unia Europejska.
Prawo w Polsce i Niemczech (generalnie w Unii Europejskiej), jest takie samo, a prawnicy (o ile to faktycznie są prawnicy, a nie oszuści) działają na tych samych zasadach. Prawdziwy prawnik nie zaczyna od straszenia i od tego, że złamałeś prawo i musisz za coś zapłacić. I że akurat właśnie jemu – tylko dlatego, bo tak twierdzi. Prawnik dokładnie bada sprawę, upewnia się że ma rację i umie to udowodnić, a na końcu wysyła pocztą (nie e-mailem!) pismo przedsądowe, na adres siedziby firmy lub właściciela strony www. Podejmuje faktyczne, pracochłonne i zgodne z prawem działania. Dlatego nie daj się nabrać na sztuczki, z prawem nie mające wiele wspólnego.
Zakładając, że istnieje niejaki Marcus Schmitt, a jego zdjęcia znajdujące się w Internecie nie są wygenerowane przez sztuczną inteligencję… Być może początkowo faktycznie niczym Bill Gates chciał zmienić świat. Zostać pośrednikiem między autorami zdjęć i serwisami www łamiącymi ich prawo autorskie i przy okazji bać za to bardzo solidną dolę jako pośrednik. Szybko jednak okazało się, że autorzy którzy się do niego zgłosili, rozczarowali się. Mieli być chronieni, mieli dostawać pieniądze. Z komentarzy w Internecie wynika, że rozczarowanych autorów jest wielu.

Jednak Copytrack wciąż wysyła setki żądań zapłaty i działa. I ma ogromne straty rzędu setek tysięcy euro rocznie (szczegóły za chwilę). Gdyby to był faktycznie kiepski biznes, już dawno firma przestałaby istnieć. Dokładać co roku górę pieniędzy i działać z firmą dalej? Może Marcus Schmitt, to biznesowy cudotwórca? W Polsce już dawno stosowne urzędy takim cudem by się zainteresowały. A może ma inne biznesy, więc ma z czego dokładać? Nie sprawdziliśmy, ale jeśli ktoś chciałby to sprawdzić, chętnie napiszemy drugi artykuł o tym cudzie z Berlina.
Napisaliśmy wyżej o zawiedzionych autorach zdjęć, którzy nie szczędzą w Internecie słów żalu pod adresem Copytrack. Ale są też inni i o tym zaraz napiszemy. Ci, którzy rzekomo łamią prawa autorskie, choć ich nie łamią. Jak udowodnić, że nie jesteś wielbłądem? Komuś kogo nie znasz, treść jego e-maila niewiele ma nawet wspólnego z prawniczym żargonem, ma cię przestraszyć i otumanić, masz zapłacić kilkaset euro? Śmierdzi strasznie i od samego początku wygląda na oszustwo.
Czy Copytrack faktycznie istnieje?
Byliśmy ciekawi czy coś, co nazywa się Copytrack faktycznie istnieje. A ponieważ poniższe dane są ogólnodostępne, każdy może znaleźć je w Internecie. Dla nikogo nie jest tajemnicą, że…
Copytrack GmbH czyli (czyli spółka z o.o.) została zarejestrowana w Berlinie przez Sąd Rejonowy Charlottenburg (Berlin) HRB 173269 B. Jej oficjalny adres (chyba, że ostatnio się zmienił), to: Dresdener Str. 31, D-10179 Berlin. Kapitał firmy wynosi: 32.086 euro. Bardzo skromna kwota jak na firmę, która chce uchodzić za światowego potentata od praw autorskich.
Według stanu na koniec 2022 roku, wartość Copytrack GmbH wynosiła ponad milion euro. Dokładniej: 1.002.763 euro. Jest też pokaźne zadłużenie: 788.281 euro. Roczny deficyt wynosił -420.330 euro. Straty z lat ubiegłych: −779 219 euro. Wynika z tego, że ogólna sytuacja firmy nie wygląda zbyt różowo. Ale są też rezerwy kapitałowe: 1.314.675 euro.
To bezpłatne informacje. Jak jesteś bardzo ciekaw reszty, szczegóły można wykupić TUTAJ.

Dodamy jeszcze, że w 2017 r. firma miała deficyt wysokości 591.875 euro, a kolejnym roku miała już zysk: 846.809 euro. Teraz ważne: 4 kolejne lata, to deficyt firmy.
2019 – minus 233.092 euro.
2020 – minus 69.217 euro
2021 – minus 361.253 euro.
2022 – minus 420.330 euro.
Za 2023 rok danych w chwili obecnej jeszcze nie ma.
Reasumując, najprawdopodobniej firma jest zarejestrowana i działa. Kapitał ma skromny, w latach 2019-2022 rosły jej straty, które przekroczyły 420 tys. euro. Czy te straty rosną – to na razie wie jedynie Marcus Schmitt i jego księgowy. Z czego firma pokrywa straty rzędu setek tysięcy euro? Nie wiemy.
Ale równocześnie na swojej stronie www Copytrack chwali się kosmicznymi sukcesami: aż w 115 krajach „wygrała sprawy”. Ktoś tu kocha bajeczki! Przynajmniej w marketingu Marcus Schmitt próbuje być dobry.
Przy okazji. Na internetowej stronie Copytrack adresem siedziby firmy COPYTRACK GmbH, jest Dresdener Strasse 31. Tymczasem według profilu na Facebooku (który założono w 2017 roku, ostatnia aktualizacja: 29 czerwca 2023 czyli aż 10 miesięcy temu) – na Saarbrücker Straße 18. Gdyby ktoś chciał sprawdzić z ciekawości, oba miejsca dzieli 3,7 km.
Gdybyś chciał zobaczyć siedzibę firmy: TUTAJ
Marcus Schmitt zdobywa świat
Copytrack GmbH (a konkretnie jej zautomatyzowany system) wysyła e-maile do właścicieli różnych serwisów internetowych. Cały świat, coraz częściej także do webmasterów i właścicieli portali i blogów z Polski. Mniejsza o treść takiego e-maila, nie będziemy zanudzać. Postanowiliśmy na własną rękę poznać „firmę” oraz opinie o niej, a o to teraz w sieci nietrudno. Co znaleźliśmy?
Zacznijmy od opinii na profilu, który można łatwo odnaleźć, wpisując: COPYTRACK GmbH Berlin. Jest ich zaledwie kilka, ale nie są pochlebne. I po ich zsumowaniu, zasłużyli na 1 gwiazdkę w 5-gwiazdkowej skali czyli gorzej już być nie może. Jak na firmę działającą w Internecie – wynik tragiczny.
„Piszą mi od 3 miesięcy, że złamałem ich prawa autorskie i jak zapłacę szybko 500 euro, to temat zamkną”.
„(…) Myślę też, że jeśli masz tam sprawę jako klient, sprawy nie są wystarczająco przejrzyste”.
„Śmiecie i oszuści, świat byłby lepszy bez was”.
W sieci znaleźliśmy też prawdziwą kopalnię wiedzy o Copytrack GmbH i jej działalności. Aktualnie jest tu kilkadziesiąt opinii, które niżej we fragmentach zacytujemy. Opinii rzeczywistych osób, użytkowników Facebooka, nie botów AI. Dostali e-maila o rzekomym łamaniu przez nich praw autorskich. Poniżej fragmenty wybranych opinii.
– Wysyłają fałszywe listy w celu szantażu, próbując nakłonić cię do zapłaty za obrazy, na których używanie masz już legalną licencję.
– Jako firma otrzymaliśmy fakturę za zdjęcie, które w sposób zweryfikowany kupiliśmy w Fotolii i wykorzystaliśmy zgodnie z tamtejszymi warunkami licencji. Ale to nie wszystko: dzwoniąc pod numer berliński (…) nikt nie odpowiada.
– Oszustwo! Oszustwo! Ta firma próbuje wyłudzić pieniądze. NIE PŁAĆ IM!
– Ta „firma” prosi o szalone pieniądze za zamknięcie „spraw”.
1. Wysyłają e-maile do ludzi w sprawie nielegalnego wykorzystania zdjęć w Internecie, a mimo to ukrywają informacje o właścicielu swojej domeny, mimo że podają się za firmę prawniczą. Jeśli jest to firma prawnicza, jaki jest powód ukrywania własnych danych?
2. Numery podane na ich stronie internetowej nie działają.
3. Wysyłają e-maile do ludzi w sprawie kradzieży i wykorzystywania obrazów „chronionych prawem autorskim”, mimo że nie posiadają żadnych dokumentów prawnych dotyczących swoich klientów. Zasadniczo możesz przesłać dowolny obraz na ich stronę internetową i zgłosić go jako swój, a oni zaczną wyszukiwać obrazy w Internecie i wysyłać losowe automatyczne e-maile do tych osób.
Powyższe opinie jedynie cytujemy. A ponieważ Copytrack ich nie usunął…
Rakesh Raman z New Delhi
Sprawę poważnie potraktował szef organizacji humanitarnej ze stolicy Indii, znany indyjski działacz i dziennikarz, Rakesh Raman. Strona jego fundacji podobno wykorzystała cudze zdjęcia bez zgody właściciela praw. Jego kontrdziałania opisało kilka serwisów www. Napisał m.in. e-maila do policji w Berlinie, cytujemy fragmenty:
(…) W swoim przestępczym działaniu Copytrack nagle zaczyna pod groźbą wyłudzać pieniądze od właścicieli stron internetowych, nie próbując nawet wyjaśnić, czy materiały chronione prawem autorskim należą do ich tak zwanych klientów. (…) Zdjęcie opublikowane u nas prawie dziewięć lat temu pochodzi z komunikatu prasowego AT&T/IBM (…). W komunikacie prasowym podałem: „Zdjęcie dzięki uprzejmości IBM ”. (…). Nikt nigdy nie prosił nas o usunięcie zdjęcia. (…).
Kolejne opinie o Copytrack
Dotarliśmy do portalu, gdzie podobnych, niezwykle negatywnych opinii o niemieckiej firmie Copytrack jest cała masa. I są jeszcze ciekawsze niż zacytowane poniżej. Niżej kilka fragmentów opinii – tylko z ostatnich tygodni. Liczba opinii i komentarzy do tych opinii, pisanych przez ludzi z całego świata, w różnych językach, jest porażająca. I świadczy o rozmiarze procederu. Nawet nie próbowaliśmy tego wszystkiego przeczytać, musiałoby to zająć kilka dni. Poniższe komentarze przetłumaczyliśmy na język polski translatorem, więc mogą nie być dokładne.
„Wysłali do mnie e-maila z powiadomieniem o naruszeniu prawa dotyczącego zdjęcia, na która posiadam legalną licencję. Oznacza to, że nie przeprowadzili żadnych badań i nie mają żadnych wiarygodnych danych. To czyste oszustwo”.
„Copytrack przesłał mi rachunek na kwotę 1863 euro za zakup i używanie zdjęcia. (…) Zakupiłem je od Istock za kilka funtów, z pełną licencją komercyjną. Ta firma nawet nie sprawdza legalności wykorzystania obrazu i licencji!”
„Przedmiotowe zdjęcie pobrałem z Pixabay i można z niego korzystać bezpłatnie. (…) Żądanie pieniędzy za zdjęcie pobrane z witryn stockowych w dobrej wierze, jest całkowicie absurdalne”.
„Obraz, który według nich stanowi problem, to zdjęcie stockowe, które można znaleźć na większości platform obrazów stockowych, takich jak Shuttercock, Adobe, IStock itp., i kosztuje tam kilka dolarów. Twierdzą, że mój klient powinien zapłacić za to zdjęcie 900 dolarów”.
„Ta „firma” wysyła fałszywe informacje, że powiązany obraz „może” naruszać prawa autorskie. Twierdzą, że reprezentują firmę X. Próbowałem zlokalizować firmę X i wygląda na to, że ona nie istnieje, chociaż są firmy o podobnych nazwach”.
„Copytrack nie ocenia, czy wykorzystanie zdjęcia jest zgodne z prawem, czy nie. Jesteśmy winni, dopóki nie udowodnimy swojej niewinności”.
„Nadal wysyłają e-maile z groźbami, ale nie mogą przedstawić żadnego dowodu na to, że ich „klient” jest właścicielem zdjęcia”.
„Copytrack wysyła automatyczną pocztę dotyczącą obrazów, które mogłeś zdobyć legalnie (…). Nie przedstawiają dowodów na swoje twierdzenia. Każą ci tylko zapłacić”.
„Kilka dni temu dostałem maila, że posługuję się zdjęciem, którego właścicielem jest ich klient X. Sprawdziłem, jest to fałszywe imię i nazwisko. (…) Wyszukałem zdjęcie w Google, sprawdziłem, gdzie jeszcze jest dostępne i odkryłem, że można je pobrać za darmo – z autoryzowanych witryn ze zdjęciami stockowymi”.
„Po przeszukaniu Internetu odkryłem, że Copytrack regularnie wysyła w imieniu (x) fałszywe roszczenia dotyczące zdjęć, do których (x) nie posiada żadnych praw. Podobno wysłali nawet jedno roszczenie do fotografa Obamy, żeby im zapłacił jedno z jego własnych zdjęć”.
Copytrack uderza w serwisy stockowe, które sprzedają zdjęcia
Nasuwa się przy okazji taki wniosek: działania firmy Copytrack z Berlina, godzą również w finanse i rozwój serwisów stockowych, udostępniającym płatnie lub bezpłatnie zdjęcia, na potrzeby stron internetowych. Skoro teraz każdy webmaster może od nich pobrać zdjęcie bezpłatnie lub za niedużą kwotę pieniędzy, a w przyszłości za te same zdjęcia być może firmom trzecim trzeba będzie płacić bardzo duże kwoty – po co z tej usługi teraz korzystać i uczciwie płacić albo pobierać bezpłatne obecnie zdjęcia?
Jest to absurdalne, tym bardziej działania Copytrack budzą podejrzenia, że chodzi o oszustwo. A poza tym, powiedzmy sobie uczciwie: czy każdy webmaster przechowuje licencje przez wiele lat? Na przykład awaria dysku komputera albo skasowanie swojego konta z serwisu stockowego może być jednoznaczna z utratą potwierdzenia zakupu i otrzymania licencji na zdjęcie. To może dlatego Copytrack zgłasza się po pieniądze po wielu latach (często 5-10. latach) od publikacji zdjęć w witrynie internetowej? Naprawdę chodzi o walkę z piractwem,a nie o cwaniactwo i oszukańcze zarabianie na uczciwych webmasterach?

Sadurski.com i inne polskie strony www
Dlaczego napisaliśmy artykuł, którego bohaterem jest Copytrack i Marcus Schmitt? Jesteśmy jedną z tysięcy firm, która też dostała takiego e-maila. Ale chyba jeszcze nikt po polsku o tym procederze nie pisał, więc robimy to jako pierwsi. I naświetlamy sprawę tym, którzy wkrótce dostaną podobne e-maile.
Wiemy skąd jest zdjęcie o które upomina się Copytrack i wiemy że go nie ukradliśmy, ale nie zamierzamy niczego udowadniać na odległość. I jak mnóstwo ludzi mamy zasadę, że nie klikamy w żadne linki znajdujące się w mailach od nieznanych nadawców – po prostu z obawy przed wirusami.
Dlatego chętnie spotkamy się z Marcusem Schmittem w sądzie w Warszawie, jeśli otrzymamy pozew. Niech udowodni w polskim sądzie, że faktycznie istnieje firma na którą się powołuje i rzekomo ma prawa autorskie oraz pokaże oryginał umowy, którą z nią podpisał. Niech na sali sądowej powie dlaczego chce pieniędzy za to samo zdjęcie po raz drugi oraz dlaczego akurat w kwocie kilkuset euro. Dlaczego wysłał e-maila, w którym nie spytał o opublikowane zdjęcie i nie poprosił o jego usunięcie, lecz od razu próbował zastraszyć. Marcus Schmitt – udowodnij to wszystko w polskim sądzie, bo chyba nie jesteś tchórzem? Polskie media chętnie napiszą, jak szlachetnie chronisz prawa autorskie swoich klientów, jeśli oni w ogóle istnieją. Nawet roześlemy gratis do portali z całego świata komunikaty prasowe, które rozpropagują twoją działalność.
Kilka słów prawdy
Za Copytrack i jego właścicielem nie przemawia nic. Żaden autorytet czy doświadczenie. Taką „firmę” może założyć każdy mniej czy bardziej cwany oszust i twierdzić, że szlachetnie walczy z tymi, którzy łamią prawa autorskie. U niektórych zyska aprobatę i poklask, bo niczym szlachetny Don Kichot chce ujarzmić problem piractwa, z którym zmaga się cały świat. Chce wziąć za mordę miliony osób, które mają swoje blogi i strony internetowe. Oni mają się bać wstawiać jakiekolwiek zdjęcie, nawet jeśli korzystają z bezpłatnych zasobów zdjęć lub płatnych serwisów, które sprzedają prawa do wykorzystania zdjęć, albo nawet wstawiają na swoją stronę wykonane przez siebie zdjęcia > tu przykłady.
Nagle, po latach do każdej z tych osób może zgłosić się Copytrack i Marcus Schmitt. I nie spyta skąd masz to zdjęcie, lecz od razu wystawia rachunek na 700 do 1600 euro (albo i więcej) za jedno zdjęcie. Niby dlaczego miałbyś mu płacić? Każdy może twierdzić, że ma „prawa” do zdjęcia które opublikowałeś. I nawet nie próbuje uprawdopodobnić, że tak faktycznie jest.
Ile można na takim procederze zarobić – spróbowaliśmy to oszacować na początku tego tekstu. Grunt, że wystarczy na dalekie podróże, którymi szczyci się Marcus Schmitt na Instagramie. Jak sądzisz, kto te jego wojaże finansuje? Chcesz się do tych cudownych wakacji dołożyć?
W sieci jest wielu cwaniaków, którzy szukają miejsca dla siebie, aby znaleźć dla siebie niszę, która będzie przynosić krocie. Marcus Schmitt i jego Copytrack pokazuje, że pomysł jest niezły. Dlatego wkrótce webmasterzy na całym świecie będą codziennie dostawać kolejne e-maile z żądaniem zapłaty. Dopóki będą tacy, którzy dają się manipulować jak dzieci i będą płacić – takich „firm” będzie coraz więcej. Czy na tym ma polegać wolność internetu? Na strachu każdego przed upublicznieniem czegokolwiek? Bo jutro albo za ileś tam tam lat pojawią się kolejne Copytracki i Marcusi Schmittowie?
Miliony i Miliardy
Z profilu Schmitta na LinkedIn: „Każdego dnia w Internecie udostępnia się ponad trzy miliardy zdjęć, a co zaskakujące, 85% z nich jest kradzionych”. Cwany Marcus Schmitt wywęszył żyłę złota. Codziennie ktoś podobno kradnie 2,55 miliarda (!) zdjęć i umieszcza je bezprawnie w Internecie. Rocznie to 930,75 miliarda podobno skradzionych zdjęć. Jeśli uda mu się znaleźć 0,01% frajerów, znajdzie 93.075.000 zdjęć. Jeśli tylko 1% z nich przyciśnie i wyegzekwuje zapłatę – będzie to 930.750 zdjęć do zapłaty. Licząc skromnie, Marcus Schmitt zainkasuje za każde zdjęcie 500 euro. Co roku zarobi ponad 465 milionów euro minus koszta.
Krótko mówiąc, Marcus Schmitt jest biznesowym geniuszem i potencjalnie jednym z najbogatszych Niemców. Przynajmniej teoretycznie. Ale geniuszem biznesu nie jest, skoro jego firma wciąż ma kilkaset tysięcy euro straty. Gdzieś przedobrzył, przeliczył się, a może tak naprawdę nie umie trzymać się rzeczywistości i buja w obłokach?
Na koniec
Marcus Schmitt ma profil na Instagramie, na którym umieszcza zdjęcia z różnych miejsc świata. Nie tylko rodzinny Berlin, ale też USA (Nowy Jork, San Francisco, Miami), Malezja, Indonezja, Indie, Kuala Lumpur, Lizbona. Gdzie był przed 2022 rokiem – tego już nie szukaliśmy.
Czy jeździ po świecie za pieniądze, których źródło wyżej opisaliśmy i czy ci przestraszeni webmasterzy o tym wiedzą? A może zdjęcia, na których wypoczywa w tropikach, to zdjęcia nie jego, lecz licencyjne? Ciekawe czy za nie zapłacił? Może kiedyś zgłosi się do niego jakaś firma twierdząc, że łamie prawo autorskie DMCA. Co wtedy zrobi?
Na swoim profilu na Instagramie, Marcus Schmitt, szef firmy Copytrack, umieścił po angielsku swoje motto: No pressure – No diamonds. W wolnym tłumaczeniu mniej więcej tak: Kto nie ryzykuje – nie pije szampana.
Copytrack: (c) Sadurski.com
Fragmenty autentycznych, zacytowanych opinii nie podpisaliśmy, gdyż nie mamy pewności czy ich autorzy życzyliby sobie tego. Powyższy felieton ma charakter satyryczny i nie bierzemy odpowiedzialności za to, jak ktoś odczyta jego sens.
Post Scriptum
* Dodamy, że jeśli istnieje na świecie więcej osób nazywających się Marcus Schmitt – niniejszy artykuł dotyczy tylko jednego jednego Marcusa Schmitta – tego, który ma związek z firmą Copytrack.
Zobacz też:
> Warto porównać te metody z działaniami szwajcarskiego giganta: PicRights. Zawłaszcza Wikipedię? Analiza zdjęcia z Sunderland
> Bardzo podobna sprawa – oszuści z USA, National Legal
> Copytrack chce pieniędzy od… autora zdjęcia
> AI na temat działalności Copytrack
How not to be scammed by a German from Copytrack – translation of text into English


