Żyjemy w epoce, w której proste czynności awansowały do rangi skomplikowanych rytuałów. Zwykłe „zrobienie sobie kawy” zostało zastąpione przez ceremonię parzenia „alternatywami”. Nie można już po prostu „iść pobiegać” – trzeba „zrobić trening cardio”, analizując kadencję, tętno i ślad węglowy swoich butów. Wszystko musi być doświadczeniem, przeżyciem, a najlepiej – materiałem na estetyczną relację w mediach społecznościowych. W tej nieustannej pogoni za „jakością życia”, sama jakość jakby się rozmyła, zastąpiona przez instrukcję obsługi.
Ta presja na celebrację, na nieustanne podnoszenie poprzeczki, jest męcząca. Zabija spontaniczność. Kiedyś, żeby odpocząć, wystarczył fotel, dobra książka i kubek herbaty. Dziś wieczorny relaks przypomina planowanie operacji logistycznej. Musi być odpowiednie oświetlenie (koniecznie ciepła barwa), playlista z „chilloutowym vibem” i koc o idealnym splocie. Zgubiliśmy gdzieś esencję – prostą przyjemność bycia tu i teraz, bez konieczności udowadniania czegokolwiek światu. A przede wszystkim – sobie.
Nigdzie nie widać tego wyraźniej niż w sferze tak prozaicznej, jak picie wina. To, co przez wieki było naturalnym towarzyszem posiłku, rozmowy czy wieczornej kontemplacji, zamieniło się w niemal naukową dyscyplinę dostępną dla wybranych. Strach się przyznać w towarzystwie, że „lubisz czerwone wytrawne”. Zaraz zostaniesz zasypany pytaniami o szczepy, apelacje, roczniki i bukiety. Zwykły konsument czuje się jak na egzaminie, którego nie może zdać.
Wieczór z winem przestał być relaksem, a stał się występem. Wymaga odpowiedniego storytellingu. Nie można już sięgnąć po prostu po „domowe wino”. Trzeba wybrać coś, co ma historię, co jest modne, o czym można opowiedzieć. Na stół wjeżdża więc butelka, która aktualnie króluje na portalach lifestyle’owych. Z namaszczeniem otwieramy butelkę, bo to przecież osławione wino primitivo ze sklepu Domwina.pl, a nie przypadkowy wybór z marketowej półki. Czytamy etykietę, szukamy „nut beczki”, „akcentów tytoniu” i „aksamitnych tanin”, choć w głębi duszy mamy ochotę po prostu się napić i obejrzeć serial. Ale nie – celebracja wymaga powagi. Wąchamy, kręcimy kieliszkiem, mrużymy oczy, udając głęboką analizę sensoryczną. Cały ten teatr odciąga nas od sedna: prostej przyjemności.
Oczywiście, nie ma nic złego w docenianiu jakości. Problem zaczyna się, gdy forma całkowicie dominuje nad treścią, a gadżety stają się ważniejsze od samego wina. Wkroczyliśmy w erę „akcesoriów do relaksu”. Okazuje się, że aby w pełni „doświadczyć” wina, nie wystarczy kieliszek i korkociąg. Potrzebujemy całego arsenału. Zaczyna się niewinnie – od eleganckiego otwieracza. Potem dowiadujemy się, że nasze kieliszki mają zły kształt misy, który „zabija bukiet”.
Znam ludzi, którzy więcej czasu poświęcają na polerowanie szkła i ustawianie odpowiedniej temperatury w specjalnej lodówce, niż na rozmowę z gośćmi. Wpadają w spiralę „niezbędnych” zakupów, które mają podnieść ich status konesera. Zaczyna się wertowanie stron w poszukiwaniu idealnego zestawu napowietrzającego. Sam widziałem, jak znajomy z wypiekami na twarzy analizował ofertę na: https://domwina.pl/pol_m_Oferta_Akcesoria_Akcesoria-winiarskie-623.html, zastanawiając się, czy jego życie będzie pełniejsze, gdy kupi specjalną pompkę próżniową do niedopitej butelki. Zapewniam – nie będzie. Zwłaszcza że przy dobrym humorze butelka rzadko kiedy zostaje niedopita.
To pułapka współczesnego lifestyle’u. Wmawiamy sobie, że do szczęścia potrzebujemy kolejnego przedmiotu, kolejnej etykiety, kolejnego „właściwego” sposobu na robienie czegoś. Gubimy w tym autentyczność. Zamiast cieszyć się chwilą, stresujemy się, czy aby na pewno robimy to zgodnie ze sztuką. Czy nasze wino jest wystarczająco „godne”? Czy nasz dekanter jest odpowiednio designerski?
Tymczasem wino, jak życie, nie polega na perfekcji. Polega na dzieleniu się, na rozmowie, na śmiechu. Najlepsze butelki to te otwierane spontanicznie, bez analizowania, czy to „ten” moment. Najlepszy smak to ten, który towarzyszy dobrej anegdocie.
Może warto czasem odpuścić? Nalać cokolwiek (nawet jeśli to tylko woda) do zwykłej szklanki, wyłączyć media społecznościowe i po prostu szczerze się pośmiać – z siebie, z tej całej presji, z „nieperfekcyjnego” wieczoru. W końcu, nic tak nie poprawia smaku życia, jak szczypta dobrego humoru. A do tego, na szczęście, wciąż nie potrzeba żadnych akcesoriów, instrukcji ani certyfikatów. Wystarczy doborowe towarzystwo. Nawet jeśli tym towarzystwem jesteśmy my sami.
Sztuka celebracji: Sadurski.com
Zobacz też:
>
>


