Kiedyś zdjęcia wszystkiego były tylko w gazetach. Pomagały w szkole i w mojej pracy, gdy rozpoczynałem karierę rysownika prasowego. Zawartość takiego archiwum należało samemu zgromadzić, co trwało latami. Trzeba było zostawiać to, co może się kiedyś przydać, zamiast oddawać całe gazety do punktu skupu surowców wtórnych.
Walizka ze zdjęciami, rodzinny skarb z Bernardyńskiej
Brązowa, tekturowa, socjalistyczna walizka z metalowymi obiciami na kantach. Już wtedy, w latach siedemdziesiątych, była dla mnie obciachowa i muzealna. Ale jej zawartość gromadzona latami to skarb, który pomagał przy różnych okazjach. Leżała na podłodze, w dawnej kuchni dziadków, gdy jeszcze żyli. Pachniała starymi gazetami i po przejrzeniu zdjęć opuszki palców zawsze były zakurzone. Sięgałem do niej w podstawówce, a jej skarby gromadzili jeszcze moi starsi o dekadę bracia.
To było archiwum zdjęć, wyciętych z kolorowych magazynów. I było tam prawie wszystko, co mogło się przydać. Do szkoły mogły się przydać: syrenka warszawska, słoń indyjski albo zjazd PZPR. A gdy już rysowałem dla prasy i chciałem narysować papugę arę, Pałac Kultury i Nauki albo Mikołaja Kopernika – siadałem na kwadrans albo godzinę i znajdywałem interesujące mnie zdjęcie. I mogłem narysować coś, co będzie podobne do rzeczywistego, konkretnego przedmiotu, zwierzęcia lub budynku.
Kosmici oraz ludzki mózg jak pamięć komputera
Zawartość walizki była przetrząsana co jakiś czas, a mój mózg zapamiętywał co tam już jest. Co jakiś czas powiększałem kolekcję, gdy w jakimś czasopiśmie znalazłem kolejne ciekawe zdjęcie. Kolekcja się powiększała.
Sporo było zdjęć Warszawy z czasopisma „Stolica” – pomnik Nike, Zamek Królewski (nie wiedziałem, ze był niedawno odbudowany prawie od zera), pałac w Łazienkach. TAkże z innych magazynów, których już dano nie ma. Gdyby ktoś wtedy powiedział, że kilkanaście lat później na zawsze przeniosę się do Warszawy, uznałbym to za dobry żart. Były też zdjęcia sportowców podczas zawodów, różnych gatunków zwierząt – wszystkiego, co mogło się przydać.
Z czasem dokładałem tu artykuły o UFO z gazet (bo to była moja młodzieńcza fascynacja), aby do nich powracać. Poza tym jako 10-latek do zeszytów wklejałem wycięte z gazet setki dowcipów rysunkowych, ale o tym napiszę przy innej okazji.
Krótko mówiąc: walizka była moim prywatnym Google Images epoki PRL. Unikalnym archiwum rysownika prasowego, który co chwilę chciał narysować coś konkretnego i chciał, aby było podobne do rzeczywistości. Bo narysować coś „z pamięci” było kiepskim pomysłem.
Gdy wyprowadziłem się z Lublina do Warszawy, nie zdecydowałem się na zabranie wszystkich szpargałów. Kilka lat później walizkę wraz z zawartością wyniosłem na śmietnik.
Od zakurzonych wycinków do algorytmów sztucznej inteligencji
Gdy nadeszła era Internetu, walizka nie była już potrzebna, bo wszystko było w komputerze. Google Images nie raz było pomocne, gdy szukałem wyglądu konkretnych przedmiotów, budynków i twarzy. Tu było wszystko i nie trzeba było poświęcać czasu na szperanie po walizce. Internet pomagał nie tylko rysownikom.
Dziś wystarczy kilka sekund. AI podpowiada na przykład nazwy postaci z gier, których szukam, a Google pokazuje tysiące zdjęć i wszystko mam prawie natychmiast.
Czterdzieści lat temu musiała wystarczyć walizka, w której był cały świat. Ale kiedyś nie było Internetu, smartfonów i innych wynalazków. Miałem na wszystko czas i dotykałem obrazki, marząc o tym, że kiedyś to wszystko zobaczę na własne oczy.
Cudowna walizka: (c) Szczepan Sadurski / Sadurski.com
Zobacz też:
> Dowcipy z Dobrego Humoru – audycja w Radiu Lublin
> 1981. Moje rysunki w alternatywnej gazetce lubelskich licealistów


