Myślałem, że na Iwickiej znajdę wolność, a znalazłem trzaski w słuchawce i atmosferę podejrzliwości. Zanim moje rysunki trafiły na stałą ekspozycję w Europejskim Centrum Solidarności, musiały przetrwać dwa lata w piwnicy, ukryte przed SB i nadgryzane przez myszy. To nie jest opowieść o wielkim kombatancie, ale o nastolatku, który przeskakiwał nad schnącymi ulotkami „Solidarności”. Oto kulisy moich spotkań z Głosem Ameryki, cenzurą PRL i rodzącym się monopolem na prawdę
Pierwsze numery Gazety Wyborczej
Gdy ukazał się pierwszy numer Gazety Wyborczej, przeczytałem go „od deski do deski”. Całe 4 strony, bo tylko tyle wtedy miała. To był mój młodzieńczy rytuał przez co najmniej 2 kolejne miesiące. Można powiedzieć, kolekcjonowałem kolejne numery i układałem jeden na drugim niczym talizmany. I miałem nadzieję, że kiedyś będą tam drukować moje rysunki.
Lubelska Solidarność. Ciemne korytarze przy Królewskiej
W drugiej połowie 1881 r. (miałem wtedy 16 lat) moje rysunki drukował biuletyn NSZZ Solidarność Regionu Środkowowschodniego. Pierwszy raz poszedłem tam z mamą lub tatą – bali się o mnie, o konsekwencje. Poznałem Cezarego Listowskiego, to jemu dawałem rysunki. W redakcji na Królewskiej pamiętam ciemne korytarze i porozkładane obok siebie kartki A4. Trzeba było uważać, chwilami nawet przeskakiwać, żeby nie nadepnąć na kartki schnące po tym, jak robiono na nich nadruk na powielaczu.
Gdy wybuchł stan wojenny, od 13 grudnia kręciłem przyciskami w radiu, nasłuchując na falach średnich Wolnej Europy, Głosu Ameryki, BBC i Radia France International po polsku. Szukałem wolnego słowa.

Halo, Waszyngton? Wywiad, który usłyszała Polska
Jakiś czas potem udzieliłem telefonicznego wywiadu dla Głosu Ameryki (Voice of America). Zachęcali wtedy słuchaczy do kontaktu – chcieli być blisko słuchaczy. Pytali co słychać w Polsce, kim są udzielający wywiadów, co robią. Wysłałem list do redakcji. Któregoś razu, w Polsce było wtedy popołudnie, usłyszałem znajomy z anteny głos. Dzwonił Wojtek Żórniak. Spytał, czy mogę udzielić wywiadu. Pytał jak wygląda obecnie Lublin, o rysowanie… Zupełnie nie pamiętam o co jeszcze.
Chyba tego samego dnia wieczorem albo maksymalnie kilka dni później, wywiad wyemitowano i go słyszałem. Nie miałem pojęcia, czy ktoś to w ogóle słuchał, ale kilka lat później od Jacka Frankowskiego usłyszałem zaskakujące wyznanie: – Słucham sobie Głosu Ameryki, a tam wywiad z tobą!
Nie pamiętam czy były podawane na antenie nazwiska osób z którymi rozmawiano, ale chyba tylko imiona. W każdym razie w rozmowie były takie szczegóły, że Frankowski wiedział iż to byłem ja.
Od podziemnych wydawnictw po dziennik PZPR
W stanie wojennym w Lublinie tworzyłem rysunki dla podziemnych wydawnictw, a była taka konspiracja, że… żadnego nie zobaczyłem w druku. Kolega zanosił rysunki gdzie trzeba i lepiej było wtedy za dużo nie wiedzieć. Po latach dowiedziałem się, kto był punktem kontaktowym – redaktor Marek Woytowicz z Wydawnictwa Lubelskiego na ul. Okopowej 7. Piętro wyżej była redakcja Akcentu, kwartalnika literackiego.
Jeszcze w stanie wojennym i po nim drukowałem rysunki w Kurierze Lubelskim, nawet Sztandarze Ludu – dzienniku PZPR na Lubelszczyznę. Także innych gazetach lubelskich (np. Kamena) – oficjalnych, niektórzy mówili reżimowych, w których cenzorzy oceniali wszystko, zanim poszło do druku.
Do dziś mam kolekcję kilkunastu rysunków z tamtego okresu, z pieczątkami cenzury na odwrocie, z odmową druku. Moje niektóre rysunki wysłane na Satyrykon w Legnicy, też nie puszczała cenzura. Potem zrobili tam specjalną wystawę takich rysunków – różnych autorów, w tym moich.

Teczka ocalona przed bezpieką i gryzoniami
W połowie stanu wojennego zrobiłem winietę Szopki noworocznej dla Kuriera Lubelskiego z Jaruzelskim i Wałęsą i początkowo nikt się nie połapał. Cenzura zaspała, naczelny żegnał się z posadą. Były obawy, że dostanę „wilczy bilet” – wyrzucą mnie za szkoły (chodziłem do liceum plastycznego).
Maria Gzella uczyła mnie tam francuskiego, jej mąż Alojzy Leszek Gzella był sekretarzem redakcji Kuriera Lubelskiego (i wyleciał stąd 13 grudnia 1981 – z wiadomych powodów). Zaraz po tym jak wybuchła szopkowa afera, pani Gazella na przerwie między lekcjami wzięła mnie „na stronę” i powiedziała: – Grozi ci usuniecie ze szkoły, w każdej chwili mogą po ciebie przyjść. Jak masz więcej takich rysunków – dobrze je schowaj, daj bardzo zaufanej osobie do przechowania, albo po prostu spal.
Tego samego dnia zapakowałem solidny plik „antysocjalistycznych rysunków” m.in. o ZOMOwcach i Jaruzelu do tekturowej teczki i zaniosłem do piwnicy, wkładając pod deski na najwyższej półce. Gdy 2 lata później je wyjmowałem, jeden róg teczki był nadgryziony przez myszy, na szczęście minimalnie.

Rysunki w ECS: Krauze i Sadurski
To właśnie skany kilka tych rysunków wysłałem e-mailem do powstającego muzeum, na prośbę jakiejś pani. Potem się nie odzywała, zapomniałem o sprawie. Jakieś 2 lata później ktoś mi powiedział, że moje rysunki są częścią stałej ekspozycji Europejskiego Centrum Solidarności w Gdańsku (zostało otwarte w 2014 roku).
Przy najbliższej okazji je zobaczyłem i na pamiątkę zrobiłem zdjęcia. Moje rysunki w takim miejscu – nie lubię wielkich słów, ale to zaszczyt. W dodatku czyich rysunków jest tam najwięcej? Albo Andrzeja Krauze albo moich.
Po jakimś czasie zostałem zaproszony, ale zostać „przewodnikiem” po ekspozycji ECS, w ramach tzw. Spacerów Subiektywnych.
Wieloma faktami nigdy wcześniej się nie chwaliłem – o ile ktoś takie wspomnienia nazwie chwaleniem się. Byłem za młody na kombatanta, to młodsi ode mnie (np. premier Morawicki) walczyli z komuną. I nie miałem wewnętrznej potrzeby o tym głośno mówić.
Zderzenie z murem na Iwickiej: „Nie zostałem przyjęty do drużyny”
Teraz już wiesz, czemu kupowałem i kolekcjonowałem te pierwsze numery Gazety Wyborczej. Tam była wtedy prawda, jakże inna od tej z innych ówczesnych gazet. To był powiew wolnego słowa. I inna prawda od tej, którą potem drukowała Wyborcza, mając monopol na jedynie słuszną prawdę.
W każdym razie, gdy raczkowała Wyborcza, postanowiłem zanieść do niej swoje rysunki. Nie wysyłać pocztą (cenzura!), ale zanieść osobiście. Podczas jednego z wyjazdów do Warszawy, miałem w planach odwiedziny w Wyborczej. Przygotowałem rysunki o odpowiedniej tematyce (jednym z nich był rysunek polityczny, na którym był Pomnik Poległych Stoczniowców 1970 w Gdańsku, potem wydrukowali go w Chicago). Zrobiłem odbitki xero i zawitałem na Mokotów, do dawnego żłobka na Iwickiej 19. Choć nie byłem z Warszawy i wtedy nie wiedziałem, że wcześniej był tu żłobek. Adres oczywiście znalazłem w Gazecie Wyborczej.
Pamiętam dosyć długi korytarz, rząd drzwi, takich socjalistycznych. Pytałem jak zwykle o sekretarza redakcji, bo to oni decydują o tym, co pójdzie do druku. Zostawiłem rysunki, nawet nie pamiętam komu. Czułem atmosferę podejrzliwości, konspiracji. Po latach zrozumiałem, że nie było szans na publikację. Byłem człowiekiem z ulicy, przez nikogo nie poleconym, byłem nie wiadomo skąd. Mogłem być nasłany przez SB. Zostawiając te rysunki, miałem nadzieję na jakąś publikację, telefon, jakikolwiek kontakt z redakcji, może na początek współpracy.

Kto naprawdę słuchał mojej rozmowy z Wyborczą?
Gdy minęło kilka tygodni, zatelefonowałem z mieszkania na Bernardyńskiej do redakcji, na telefon który był w stopce redakcyjnej. Przedstawiłem się, spytałem o sekretarza redakcji. Powiedziałem, że zostawiałem rysunki do druku i chciałbym się czegoś dowiedzieć. Nie wiem z kim rozmawiałem i co ta osoba mi odpowiedziała, pamiętam jednak jakieś trzaski w słuchawce. Po zakończonej rozmowie, odłożyłem słuchawkę. Niemal natychmiast zadzwonił telefon. – Halo, halo? – spytałem i dzwoniący zaraz się rozłączył. To nie mógł być przypadek.
Wtedy doszło do mnie, że telefony do Wyborczej są na podsłuchu bezpieki. Po zakończonej rozmowie chciano upewnić się z jakiego numeru i kto dzwonił, czy głos zgadzał się z tym, kto do Wyborczej właśnie dzwonił. Ciekawe, czy lubelski numer 254… jest gdzieś jeszcze odnotowany, ale nie sądzę. Socjalizmu i bezpieki już nie ma.
Na zakończenie
Czy moje rysunki kiedykolwiek drukowała Wyborcza? Nie, jeśli nie liczyć jednego w lubelskim dodatku, gdy szefem był Leszek Biały. To było dawno temu, gdy jeszcze mieszkałem w Lublinie. Miałem potem jakieś kontakty formalne z ludźmi Wyborczej (np. odmowa druku reklamy mojego pisma satyrycznego Kościotrup, pisali też że drukuję w Dobrym Humorze rasistowskie dowcipy), ale nie wspominam ich dobrze. Zdarzało się, że coś o mnie pisali, ale nie były to pochlebstwa. Po prostu nie zostałem przyjęty do drużyny. Może i dobrze.
Karykatury stanu wojennego – kilka informacji na koniec
Czy rysunki Szczepana Sadurskiego są w Europejskim Centrum Solidarności? Tak, prace satyryka stanowią część stałej ekspozycji ECS w Gdańsku. Co ciekawe, jest tam chyba więcej rysunków Sadurskiego niż innych znanych twórców.
O co chodziło w aferze z „Szopką noworoczną” w Kurierze Lubelskim? W połowie stanu wojennego Sadurski przemycił do oficjalnej gazety winietę z Jaruzelskim i Wałęsą. Cenzura przeoczyła polityczny kontekst, co wywołało skandal i groziło autorowi usunięciem z liceum plastycznego.
Dlaczego Gazeta Wyborcza nie drukowała rysunków Sadurskiego? Mimo że autor osobiście dostarczył rysunki do pierwszej redakcji na Iwickiej, nigdy nie doczekał się publikacji. Prawdopodobnie panująca tam atmosfera podejrzliwości oraz fakt, że był „człowiekiem z ulicy”, zamknęły mu drzwi do nowej elity medialnej.
Czy telefony do redakcji Gazety Wyborczej były na podsłuchu? Wiele wskazuje na to, że w początkowym okresie SB monitorowała kontakty z redakcją. Sadurski opisuje sytuację „oddzwaniania” przez bezpiekę po rozmowie z sekretariatem, co służyło weryfikacji tożsamości dzwoniącego.
- Ile lat miał Mateusz Morawiecki w czasie stanu wojennego i o co chodzi z jego „kombatanctwem”? Mateusz Morawiecki urodził się w 1968 roku, co oznacza, że w momencie wybuchu stanu wojennego miał zaledwie 13 lat. Sadurski, wspominając swoje autentyczne doświadczenia z tamtego okresu, ironicznie odnosi się do narracji o wielkim „kombatanctwie” dzisiejszych polityków, którzy mimo bardzo młodego wieku w tamtym czasie, kreują się na głównych bojowników z komuną. Autor podkreśla, że dotychczas nie czuł potrzeby głośnego chwalenia się wieloma sprawami.
Alojzy Leszek Gzella
Dziennikarz, redaktor i działacz społeczny, jedna z najważniejszych postaci lubelskich mediów XX wieku. W 1981 roku pełnił funkcję zastępcy sekretarza redakcji „Kuriera Lubelskiego”. Był aktywnym działaczem NSZZ „Solidarność” (przewodniczącym Komisji Zakładowej w wydawnictwie), za co po wprowadzeniu stanu wojennego został objęty zakazem wykonywania zawodu dziennikarza, trwającym aż do 1989 roku. W latach 80. pracował dla lubelskiej Kurii, tworząc podziemne i religijne oficyny wydawnicze.
Wojciech Żórniak
Wybitny polski dziennikarz radiowy, przez dekady związany z polską sekcją Głosu Ameryki (Voice of America) w Waszyngtonie. Był jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów tej rozgłośni, kojarzonym z rzetelnym informowaniem o wydarzeniach w USA i na świecie w czasach, gdy w Polsce panowała cenzura.
Cezary Listowski
Dziennikarz i redaktor związany z Lublinem, w 1981 roku jeden z redaktorów Biuletynu Informacyjnego NSZZ „Solidarność” Regionu Środkowowschodniego. Był zaangażowany w budowanie niezależnego obiegu informacji w okresie pierwszej „Solidarności”. Po 13 grudnia 1981 roku, podobnie jak wielu jego kolegów z redakcji, był represjonowany i inwigilowany przez Służbę Bezpieczeństwa (figuruje w archiwach IPN jako osoba podlegająca kontroli operacyjnej ze względu na działalność w strukturach związkowych).
Karykatury stanu wojennego: (c) Sadurski.com
Fragment książki, jaką obecnie pisze Szczepan Sadurski. Obecnie powstaje na jego temat film dokumentalny.
Zobacz też:
> Rysunkowy skandal w PRL. Co powiedziały VIP-y?
> Jak nie poznałem Majki Jeżowskiej i wokalisty Papa Dance, ale trafiłem do TVP
> Sadurski polskim dzieciom w USA


