100 tysięcy. Nie wiem, czy tyle dowcipów wydrukowałem w moich gazetkach, które od 1991 roku były sprzedawane w całej Polsce. Nigdy nie miałem czasu tego oszacować, próbowali to robić niektórzy fani. Jak to się stało, że po rysunkach satyrycznych i przed karykaturami, kawały zdominowały dwie dekady mojego życia?
Od słuchania do tworzenia dowcipów
Jako dzieciak, lubiłem słuchać i opowiadać kawały. Jak każdy, choć ja akurat z tego nie wyrosłem. Czy od zawsze chciałem wydawać gazetki z dowcipami? Nie od zawsze, od podstawówki. Znaczy prawie od zawsze. I to dziecięce marzenie zrealizowałem wcześnie, w wieku 26 lat.
Nigdy nie należałem do gawędziarzy i kabareciarzy, którzy kochają przekazywać dowcipy publiczności i śledzić jej reakcje na puenty. Nie chciałem być ważniejszy od samego dowcipu. Wolałem tworzyć dowcipy i zmieniać je, aby były zabawniejsze. I serwować je w takiej postaci, aby były jak najlepsze dla czytelnika.

Czego nauczyły mnie gazetowe dowcipy
Kiedyś kawały drukowała głównie codzienna prasa. Były specjalne rubryczki – zwykle kilka żartów, czasami też śmieszny rysunek. Jedne mi się podobały, inne nie.
Wkrótce doszedłem do wniosku, dlaczego tak jest. Niekoniecznie dlatego, bo sam temat lub puenta była dobra lub słaba. Były redagowane przez profesjonalnych dziennikarzy lub amatorów, którzy nie rozumieli formuły dowcipu. Zła kolejność słów w zdaniu, wydłużenia fragmentu tam gdzie było to zbędne, myślniki nie tam gdzie trzeba. I jeszcze kilka innych drobiazgów.
To już zauważyłem w podstawówce, a wszelkie rubryki z dowcipami czytałem wtedy namiętnie (nawet jeśli dowcipy często się powtarzały), tak samo jak kolekcjonowałem żarty rysunkowe z prasy, wklejając je do grubych zeszytów.
Kawały czy dowcipy?
W PRL-u znacznie częściej nazywano je kawałami, a gdzieś w latach 80. coraz częściej mówiono o dowcipach. To była moja młodość i przyszłość, więc gdy krystalizował się pomysł wydawania przeze mnie wesołych, ogólnopolskich gazetek – zawsze konsekwentnie i przez lata używałem określenia: dowcipy. „Kawały” były dla mnie określeniem staroświeckim, tak samo jak wolałem słuchać ABBĘ i śmiałem się, że kogoś rajcuje staroświecka muzyka Beatlesów.

Jak powstawała moja kolekcja dowcipów
Przygotowując się do wydawania „Dobrego Humoru”, najpierw gromadziłem dowcipy, spisując je ręcznie na kartkach. I zawsze przydzielałem je do konkretnych kategorii tematycznych. Potem na krótko pisałem je na maszynie do pisania, ale nie miałem wprawy, trwało dłużej, więc szybko z tego zrezygnowałem. Gdy ukazało się kilka pierwszych numerów „DH” (końcówka 1991 r.), zacząłem je wpisywać do komputera, do programu TAG.
Nie sądziłem wtedy, że wkrótce będzie coś takiego jak Internet i to co było na papierze, przeniesie się do wirtualnego świata. Na szczęście załapałem się do ery przedinternetowej, więc zanim wszyscy zasiedli przed monitory i smartfony, kupowali moje gazetki z dowcipami. Nawet pół miliona Polaków co miesiąc.
Uświadomiłem sobie, że dowcipy przestały być hobby. Stały się poważnym zawodem.
Kiedy dowcipy stały się biznesem
Wkrótce dowcipy trafiły też w inne miejsca. Były wysyłane SMS-ami (robiłem zestawy dla firm), trafiły do aplikacji na komórki (całkiem inne niż te obecne). W Lublinie przez kilka miesięcy współprowadziłem radiową audycję z dowcipami, potem z portalem Onet.pl robiłem pierwszy profesjonalny polski portal z dowcipami.
O dowcipy wyciągali też ręce inni. Zadzwonił producent bardzo znanego programu rozrywkowego z TVP2. Chciał kupić moje publikacje za tyle co w kioskach, doliczając za wysyłkę. Gdy zrozumiałem, w czym rzecz – zaproponowałem współpracę, spotkanie, współautorstwo programu. Od razu zrezygnował – przecież to on miał zarabiać.
W jakiejś telewizji komik miał cykliczny program z dowcipami, podobnie jak u mnie – zawsze na inny temat. Co u mnie dowcipy o lekarzach – kilka tygodni później u niego lekarze, z moimi dowcipami. U mnie teściowa i policjanci, wkrótce u niego te same tematy. Nawet nie chciałem podejmować dyskusji, nie miałem do tego głowy.
I jeszcze piracki dodruk jednej z moich książek z dowcipami („333 Najlepsze Dowcipy” – Dowcipy dla dorosłych). Piraci nie podrabiają marnych i słabo sprzedających się produktów.

Głośne spory o dowcipy
Gdy Adam Małysz stał się sportowym idolem – jego promotorzy wykorzystali niektóre moje dowcipy w oficjalnym serwisie Interii. A gdy grzecznie poprosiłem o podanie źródła lub ich usunięcie – okazało się, że to ja im „ukradłem Małysza” i nie mogę rysować rysunków o nim, bo to bezprawne.
A wcześniej była znana historia chyba pierwszej sądowej sprawy o dowcipy. Murzynowi nie spodobał się „Dobry Humor” o Murzynach i w sądzie chciał ode mnie 100 tysięcy złotych. Przegrał sprawę, o której informowały największe media.
Drugie życie moich dowcipów
Przeniosłem się do Internetu. Gdy powstał portal DobryHumor.pl, były jeszcze gazetki. Jednak potem byłem dowcipami zmęczony, nie chciałem już być kojarzony z dowcipami.
Nie wyszło, dekadę później stworzyłem kilka portali rozrywkowych, w dużej mierze opartych na dowcipach słownych z mojej wielkiej kolekcji. Setki podstron, kolejne tysiące dowcipów, tym razem mocno wyselekcjonowanych. Bo co innego „103 Najlepsze Dowcipy” o wariatach, psach czy ufoludkach, a co innego 10 najlepszych z konkretnego tematu, na jednej podstronie.
Wróciłem więc do leżących odłogiem na dysku, dawno nie ruszanych katalogów z plikami .txt. Znów zacząłem je przeglądać, zmieniać fragmenciki i wybierać najlepsze kąski.

Czy żałuję?
Niektórzy nazywali mnie „Królem dowcipu”. Inni lekceważyli, mówiąc – „jakieś żarciki”, rysuneczki z humorem”. Przez dowcipy wiele zyskałem, ale też straciłem. Dla niektórych przestałem być twórcą i satyrykiem. Zacząłem być kojarzony z literackim disco polo, takim byle czym dla ludzi mało inteligentnych.
Czy żałuję? Nie, to moje życie. Było ciekawe i oryginalne. A na dowcipach znam się, jak mało kto. Nie dlatego, że chcę się chwalić. Dlatego, bo nikt temu nie może zaprzeczyć.
Kawały Sadurskiego: (c) Szczepan Sadurski / Dowcipy . Sadurski.com
Zobacz też:
> Książeczka o Grunwaldzie w grobie dziadka
> Farciarz ze mnie. Poznałem Eryka Lipińskiego


