Jesienią 1990 roku w Lubelskim Domu Kultury odbył się wernisaż wystawy „Bitwa (nie) na żarty”, prezentującej rysunki Szczepana Sadurskiego z lat 1980-1990. Na otwarcie przyszły setki osób, a zainteresowanie przerosło oczekiwania organizatorów. Dziś, po latach, autor wspomina kulisy przygotowań, atmosferę tamtego wieczoru oraz wydarzenie, które stało się jednym z najważniejszych momentów początku jego kariery.
Jak powstała wystawa „Bitwa (nie) na żarty”
Byłem młody rysownikiem, który w latach 80. wydrukował kilkaset rysunków satyrycznych w „Kurierze Lubelskim”, publikował w chyba wszystkich tytułach prasy Lubelszczyzny, co jakiś czas był obecny w Radiu Lublin, TV Lublin oraz w kulturalnym życiu Lublina. Nie byłem tu osobą anonimową, ale wciąż chciałem robić kolejne projekty.
W 1990 r. miałem 25 lat i wpadłem na pomysł zorganizowania dużej wystawy indywidualnej. 200 rysunków znanych z prasy lubelskiej i ogólnopolskiej (m.in. „Szpilki”), do tego nikomu nieznane rysunki polityczne ze stanu wojennego.
Sponsorzy wystawy i przygotowania do wernisażu
Co zrobić, aby wernisaż stał się wydarzeniem? Po ustaleniu daty z Lubelskim Domem Kultury (miał odbyć się w największej sali wystawowej), przeprowadziłem wiele rozmów z potencjalnymi sponsorami. „Kurier Lubelski” został oficjalnym partnerem medialnym, do tego „Revia” – polonijny tygodnik z Chicago w którym wtedy drukowałem, oraz Gravit (drukarnia z którą współpracowałem, wydrukowała plakat i katalog). Także inni: Commet, Invex, Total i kilka innych lubelskich firm.
I jeszcze Dorchem Lecha Grobelnego – firmy której właściciel zniknął i pisała o nim cała Polska. Dziś zdradzę, że od Grobelnego dostałem pisemną odpowiedź i napiszę o tym oddzielnie.
W tamtych czasach nie było żadnych umów. Kontakty osobiste, uzgodnienia o których było wiadomo, że szef każdej poważnej firmy dotrzyma słowa. Ktoś udostępnił kolorowe ksero, ktoś inny dał niedużą kwotę, inni sponsorskie nagrody dla osób które zostaną rozlosowane podczas wernisażu. W zamian partnerzy dostali logo na plakacie, w katalogu oraz w rogu skserowanych rysunków które trafiły na wystawę (na każdym rysunku było logo tylko jednej firmy).

Nagrody dla uczestników wernisażu
Na ulotce która zachowała się do dziś wiadomo, że fundatorem robota kuchennego był Invex, francuski zestaw do kawy Arcopal oraz pudełka z indyjską kawą przekazał Licht-Pol. Encyklopedię i album malarstwa W. Kossaka przekazał Marek Gacka, do tego zeszyty i wydawnictwa Commet oraz nowości wydawnicze Wydawnictwa Lubelskiego. Wszystko załatwiałem ja, więc sprawy organizacyjne zajmowały trochę czasu.
Kupony z gazet i losowanie nagród
Kto miał otrzymać te nagrody? Były rozlosowane spośród osób przybyłych na wernisaż (4 października 1990, godz. 18). Ale tylko wśród tych, którzy wypełnią specjalne kupony drukowane przez lubelską prasę (oprócz „Kuriera Lubelskiego” drukowano je w gazecie „Dzień” i w tygodniku „Gazeta Domowa”. W zamian nie musieli płacić za rysunki publikowane obok tych informacji.
Zaprojektowany przeze mnie kupon oprócz mojego imienia i nazwiska oraz informacji: „Wystawa. LDK. Pstrowskiego 12. 4 października 1990, godz. 18” miał miejsce na wpisanie imienia i nazwiska, a poniżej była informacja: „Uprawnia do losowania cennych nagród sponsorów oraz rysunków autorskich”.
Wtedy Polska była inna, o wielu rzeczach informowała prasa, a ludzie uwielbiali takie kupony – tym bardziej, że wystarczyło wpisać imię i nazwisko i przyjść z kuponem na wernisaż mojej wystawy, aby mieć szansę na jedną z nagród.

Jak media zapowiadały wystawę Sadurskiego
Im bliżej było do dnia wernisażu, informacje prasowe były coraz bardziej alarmujące: „Zbliża się bitwa (nie) na żarty”, „To już dziś. LDK, godz. 18”. I oczywiście moje rysunki obok tych informacji.
Był też wywiad przeprowadzony ze mną przez Marię Dobosiewicz „Okiem satyryka”, w „Dzienniku Lubelskim” nr 173, 01.10.1990, wydrukowany na str. 6, w którym powiedziałem m.in:
„(…) w Lubelskim Domu Kultury odbędzie się wernisaż moich rysunków z całego dziesięciolecia, od roku 1980 do dni dzisiejszych. Będą one ułożone chronologicznie, wśród nich te nie publikowane nigdzie – z okresu stanu wojennego. Czyli, przegląd naszego ówczesnego i obecnego życia w krzywym zwierciadle”.
Wielki wernisaż
Na wystawę przyjechałem na krótko przed wyznaczoną godziną. Mnie i moją żonę podwiózł samochodem znajomy. Były problemy z zaparkowaniem na sporym parkingu obok LDK. Byliśmy zdziwieni, bo jak nigdy stało tu dużo samochodów zaparkowanych jeden przy drugim. Po wejściu do środka, zobaczyłem długi korytarz pełen ludzi, na końcu którego było wejście na salę wystawową. Przeciskaliśmy się, wreszcie dobrnęliśmy, a na wielkiej sali na której ścianach były porozwieszane antyramy 100×70 cm z moimi rysunkami, był jeszcze większy tłok.
Każdy chciał ze mną porozmawiać albo dostać autograf, niektórzy pytali gdzie można jeszcze wrzucić swój kupon. Najbliższa godzina jest dla mnie czarną dziurą w pamięci. Na pewno było oficjalne otwarcie, coś mówiłem przez mikrofon, dostałem bukiet kwiatów od LDK. Potem ktoś losował kupony, wyczytywał nazwiska (też przez mikrofon) i wręczał nagrody. Pamiętam też, że na sali było duszno i spociłem się (na szczęście moją kurtkę ktoś zabrał do szatni).
Samej wystawy i rysunków nie pamiętam, nie robiłem żadnych zdjęć. Zresztą ludzie stali już przy antyramach z rysunkami, więc nie było szans na zdjęcia. Mam gdzieś skarb: nagrany przeze mnie wtedy na VHS słabej jakości film, kilkanaście ujęć z tłumami (korytarz, sala wystawowa z tłumami). Po latach był zgrywany cyfrowo na CD i jest w archiwum, więc może kiedyś jeszcze do niego dotrę i po latach obejrzę.
Nawet po zakończeniu wernisażu nie zdążyłem spokojnie obejrzeć własną wystawę, żeby zrobić choć kilka zdjęć. Zresztą dosyć szybko wyszedłem. Przez kolejne dni miałem masę spraw na głowie i nie znalazłem na czasu uwiecznienie ekspozycji.

Co prasa napisała o wystawie
„Kurier Lubelski” 9 października na str. 2. obok mojego zdjęcia na tle tłumu, donosił:
„(…) Autor rodem z Lublina będący w ścisłej krajowej czołówce rysujących satyryków, cieszy się u siebie sympatią i zainteresowaniem. Ale te tłumy (głównie młodzież), które przewinęły się przez salę wystawową przeszły wszelkie oczekiwania. Nie było nawet gdzie wetknąć Złotej Szpilki, której laureatem jest, jak wiadomo, autor. Podczas wernisażu zebrano 600 kuponów (400 z Kuriera) wyciętych z prasy, które brały udział w losowaniu nagród ufundowanych przez sponsorów.
(…) Kiedy jednak nie mogąc dopchać się w czwartek do sali, obejrzałem wystawę następnego dnia, znów spotkałem liczne grono zwiedzających. (..) Dodatkową atrakcją jest smak owocu zakazanego. Większość rysunków nie mogła wcześniej ukazać się z powodu cenzury”.
Wystawa była czynna w godz. 14-19 i zakończyła się w ostatnim dniu października. Lubelska prasa na kilka dni przed tym terminem przypominała i zachęcała do odwiedzenia tych, którzy jeszcze jej nie obejrzeli.
Rysunki pojechały potem do Warszawy
Ekspozycja zaplanowana jako cykl wystaw, miała swój ciąg dalszy w Lubartowie, a później w Warszawie. Tu pokazano ją w Witrynie Karykaturzystów (KMPiK Mokotów, ul. Dąbrowskiego 71), o czym nie pamiętałem, na szczęście w moim archiwum zachowały się wycinki z „Gazety Wyborczej” nr 20 z 24 stycznia 1992 oraz „Sztandaru Młodych” nr 19 z 28.01.1992 r. 28 stycznia o godz. 16 było tu moje spotkanie z widzami.
Czemu nie było dalszej ekspansji wystawy? W 1991 rozpocząłem wydawanie „Dobrego Humoru” (pierwszy numer ukazał się we wrześniu) i nie było czasu aby załatwiać kolejnych ekspozycji w Polsce.

Wystawa zamknęła pewien etap życia
Poza tym w 1992 r. kupiłem mieszkanie w Warszawie, potem trwały prace wykończeniowe które należało nadzorować pokonując samochodem trasę miedzy miastami. Szykowałem się do przeprowadzki, która nastąpiła ostatecznie pod koniec 1993 r.
Przed opuszczeniem Lublina była jeszcze dosyć kameralna i mało reklamowana wystawa w Klubie Hades („Przychodzi baba do lekarza”, wernisaż 29 września 1993) mająca charakter pożegnania z rodzinnym miastem.
Choć przez szereg kolejnych lat odwiedzałem Lublin co miesiąc – na dwa, potem na trzy dni (tu były drukarnie, siedziba firmy oraz lubelski „Ruch” z którym miałem umowę na ogólnopolski kolportaż moich czasopism). Czułem się już Warszawiakiem i poznawałem stolicę. Do tego zamiana Lublina na Warszawę oznaczała jeszcze jedną zmianę. Przestawałem być rysownikiem prasowym, a stawałem się wydawcą.
Bitwa nie na żarty: (c) Szczepan Sadurski / Lublin . Sadurski.com
Górna ilustracja: ostatnia i pierwsza strona katalogu wystawy, 1990
Zobacz też:
> Pierwsza wystawa Szczepana Sadurskiego w Lublinie, 1984
> Zestaw rysunków Sadurskiego o Lublinie, które drukowała prasa


