Były czasy, gdy jedna nowa piosenka potrafiła cieszyć przez wiele tygodni, a zdobycie zagranicznego albumu graniczyło z cudem. Najpierw był adapter i pocztówki dźwiękowe, później magnetofon szpulowy ZK 147, dzięki któremu świat ABBY, Queen, Pink Floyd czy Lady Pank stał się częścią mojego życia. To nie tylko wspomnienie sprzętu z PRL-u, ale przede wszystkim opowieść o dorastaniu z muzyką.
Pierwsza muzyka: adapter i pocztówki dźwiękowe
Starszy o 11 lat ode mnie brat Grzegorz dzielił ze mną pokój, a oba łóżka przedzielał wielki, okrągły stół. W latach 70. nosił długie do ramion włosy i wyglądał niczym Marek Perepeczko z „Janosika”, ale takiej masy mięśni co on – nie miał. Podobał się dziewczynom, choć ja jako dzieciak lepiący ludki z plasteliny i bawiący się plastikowymi żołnierzykami, nie byłem w stanie wówczas ocenić. Nosił spodnie dzwony, raz nawet kupił jeansy w Pewexie, a któregoś razu do domu przyniósł adapter igłowy.
Pocztówki dźwiękowe, na których nagrywano ówczesne polskie i światowe hity, wyprzedziły erę kaset magnetofonowych. Co chwilę do kolekcji dochodziła jakaś nowa. Słuchałem Paula Anki, Brotherhood of Man i Toma Jonesa. Były też polskie gwiazdy – Anna Jantar, Irena Jarocka (w której Grzesiek jako fan się podkochiwał). , 2+1, Skaldowie czy Krzysztof Krawczyk z uwielbianym przeze mnie „Parostatkiem”.
Adapter stał na blacie stolika między drzwiami na balkon i oknem, a gdy tylko nadarzała się okazja, puszczałem muzykę. Co 3-4 minuty trzeba było podchodzić i przekładać igłę, aby jedną piosenkę słuchać po kilka razy.

ABBA podbiła mój świat
Wkrótce w kolekcji brata zaczęły się pojawiać longplaye czyli duże płyty winylowe. W szafie, gdzie Grzesiek to przechowywał, w którymś momencie zaczęły pojawiać się wydane w Polsce płyty ABBY. To było każdorazowo wielkie święto i przez kolejne tygodnie słuchałem tylko Szwedów.
Świat zakochał się w aksamitnym głosie Agnethy i jej anielskiej urodzie. Nastolatek Szczepan także. Ale przede wszystkim w hitach, które były tak melodyjne, że od pierwszej chwili wbijały się w pamięć do końca życia.
W TVP obejrzałem słynny występ ABBY w Studio 2, zapowiadany słusznie jako wielkie wydarzenie. Polska oszalała niczym podczas mundialu Polaków w 1974 roku. Zresztą Grzesiek miał seledynową koszulkę na której była maskotka tego mundialu, z napisem World Cup 1974.

ZK 147 – magnetofon marzeń
Miałem drewnianą szkatułkę, do której odkładałem wszystkie oszczędności niczym na bankowe konto. Nieduże kwoty od wujków i cioć, pieniądze z surowców wtórnych (po drugiej ulicy był punkt skupu makulatury, butelek i złomu), także pierwsze honorarium ze „Świata Młodych” za opublikowane rysunki. A gdy uzbierałem wystarczającą ilość gotówki, postanowiłem spełnić jedno z ówczesnych marzeń: magnetofon.
Kupiony w sklepie muzycznym blisko Krakowskiego Przedmieścia ZK 147, był wtedy szczytem marzeń polskich melomanów. W 1979 r. kupiłem od razu jedną albo dwie szpule z taśmą, żeby nagrywać skądś muzykę której będę potem wielokrotnie odtwarzać.
Muzyka w PRL. Nagrywanie z radia i pierwsze zachodnie przeboje
Początkowo, po połączeniu kabelkiem, nagrywałem z radia. „Sultans of Swing” Dire Straits, „Another Brick in the Wall” Pink Floyd były jednymi z pierwszych utworów.
W nowszym budynku po drugiej stronie mojej kamienicy, mieszkał kolega. Starszy, już był w liceum. Zgadaliśmy się i zaproponował żebym przyszedł do niego z magnetofonem i przegrał sobie wybrane utwory. To wtedy poznałem pierwszy album The Police (on wtedy nie wiedział czy chodzi o Please czy Police, bo prezenter z radia mówił niewyraźnie). Także Queen, którego kilka piosenek od niego przegrałem. W „Bohemian Rhapsody” zakochałem się natychmiast – tak to było inne od wszystkiego, co wcześniej słyszałem. Do dziś pozostaje moim najlepszym rockowym utworem wszech czasów, a Freddie Mercury moim bogiem rocka.

Trójka, Michael Jackson i magia audycji radiowych
Z Trójki, audycji Piotra Kaczkowskiego, nagrałem sobie po raz pierwszy w Polsce publicznie puszczony „Off the Wall” Michaela Jacksona. Każda kolejna piosenka była świetna i oryginalna, miałem wrażenie, że słucham wyłącznie przebojów. Brzmienie było tak nowoczesne, że chyba do dziś się nie zestarzało.
Prawa autorskie w PRL-u? Nie mnie oceniać ich ówczesne zawiłości i umowy licencyjne. Wtedy radiowiec (pardon, prezenter muzyczny), na przykład z Trójki, za dewizy, swoimi prywatnymi kanałami zdobywał płytę wydaną na Zachodzie. Była jego i mógł z nią robić co chciał, a przykład w całości puszczać w swojej audycji. I dzięki niemu cała Polska nie musiała kupować albumu na przykład Jacksona. Zresztą te albumy były tylko na Zachodzie, więc radio było jedynym sposobem dystrybucji ówczesnej muzyki.

Lista Przebojów i muzyczne lata 80.
Wkrótce ruszyła Lista Przebojów Programu Trzeciego prowadzona przez Marka Niedźwieckiego. Obowiązkowy, sobotni rytuał ówczesnej młodzieży, który słuchałem prawie od samego początku, z rumieńcami na policzkach czekając czy na czele będzie Maanam, Lady Pank czy jakiś zagraniczny wykonawca. Z ówczesnych polskich zespołów na pewno warto jeszcze dodać Perfect, Lombard, Oddział Zamknięty, choć było też kilku innych.
Chciałem wyglądać jak chłopaki z Lady Pank, słowa ich przebojów znałem na pamięć i chodziłem na dyskoteki organizowane w weekendy w lubelskich liceach. Kreowałem oryginalne stroje (uczyłem się już w liceum plastycznym), stawiałem włosy na kiepskiej jakości socjalistyczny żel i przez cały tydzień nadstawiałem ucha, w której lubelskiej szkole pod koniec weekendu będzie disco. Zabawy czasem organizowano w mojej szkole (PLSP przy Plażowej), w ogólniaku Unii Lubelskiej który miałem bardzo blisko, raz nawet trafiłam do liceum Staszica.
Przeżywałem „Autobiografię” Perfectu, „Przeżyj to sam” Lombardu, słuchałem „Prywatkę” Oddziału Zamkniętego i inne polskie hity. Gdzieś na wakacjach był otwarty koncert Perfectu, ale było tyle ludzi, że słuchałem z daleka i nie widziałem sceny. A generalnie, to nie ciągnęło mnie, aby chodzić na koncerty. Wolałem słuchać muzyki i oglądać teledyski, które wkrótce zaczęły się pojawiać w TVP.
W 1981 r. powstało MTV, ale tego przecież nie było u nas w telewizji. „Video Killed the Radio Star” słuchałem z radia na wczasach nad Jeziorem Białym koło Chełma, a teledysk tego hitu zobaczyłem dopiero po latach. TVP zaczęło też puszczać pierwsze teledyski Michaela Jacksona, były specjalne programy tylko z teledyskami muzycznymi, cieszące się wielką popularnością.

Dlaczego ZK 147 został ze mną do dziś
Tak to jest, że młodzieńcza fascynacja muzyką przemija, bo człowiek ma ważniejsze sprawy w życiu. Gdy w 1992 r. przeniosłem się do Warszawy, ZK 147 został w swoim dotychczasowym miejscu. Włączałem go co miesiąc wieczorami, gdy przyjeżdżałem na 2 lub 3 dni do Lublina i w łóżku przeglądałem numery „Kuriera Lubelskiego”, które rodzice specjalnie do mnie odłożyli.
Dekadę później z sentymentu zabrałem ZK 147 do Warszawy i przesłuchałem stare taśmy. Leży wciąż wysoko na półce w garderobie i chyba nadal działa. Na pewno wkrótce to sprawdzę.
Dziś muzykę można mieć w telefonie i w kilka sekund znaleźć niemal każdy utwór świata. Czasem jednak myślę, że nigdy później żadna piosenka nie smakowała tak jak ta, którą po raz pierwszy udało się nagrać z radia na szpulę ZK 147.
Muzyka w PRL: (c) Szczepan Sadurski / Muzyka . Sadurski.com
Zobacz też:
>
>


