Gdy dziś nazywany jestem nestorem, znanym karykaturzystą, itp. – łatwiej mi napisać o kolegach po fachu, którzy już odeszli. Dla tych, którzy budowali polską karykaturę – przez lata byłem najmłodszym i najzdolniejszym. Tym, który wspina się na Olimp satyry i nie wiadomo, czy długo się na nim utrzyma. Wszyscy mnie znali i ja znałem wszystkich – a przynajmniej tych, którzy nie stronili od branżowego towarzystwa.
Okazji do spotkań i rozmów o rysowaniu oraz zwykłym, codziennym życiu, było wiele. Wernisaże wystaw rysunku satyrycznego w Muzeum Karykatury i w innych galeriach, spotkania podczas Satyrykonu i innych satyrycznych imprez. Plenery karykaturzystów, oficjalne i nieoficjalne spotkania w redakcji Szpilek, udział w jury konkursów, rozmowy telefoniczne, umówione, a czasem też przypadkowe spotkania.
Choć czas zaciera pamięć dawnych spotkań – wspomnienia pozostały. I nie ma zbyt wielu zdjęć. Bo często to było jeszcze w czasach, gdy nie było Internetu i smartfonów, więc nie robiono przy różnych okazjach selfie, a jeśli zdjęcia robiono – to głównie w sytuacjach wyjątkowych, oficjalnych. W tym artykule postanowiłem przypomnieć moich kolegów, rysowników satyrycznych.
1. Zbigniew Lengren (1919–2003). Wino z ojcem Filutka
Mistrz subtelnej kreski i inteligencji, który przez pół wieku tworzył legendarną postać Profesora Filutka na łamach Przekroju. Dziś w warszawskim domu w którym Zbigniew Lengren przez lata mieszkał, nazwanym Lengrenówką, odbywają się wystawy i spotkania.
Dzieliły nas jedno albo dwa pokolenia. Nie zawsze był skory do rozmów i potrafił się otworzyć, ale… Widywaliśmy się głównie podczas wernisaży w Warszawie. Najdłuższą rozmowę odbyliśmy na pięterku Muzeum Karykatury, podczas jednego z wernisaży, popijając z kieliszków wernisażowe wino. Zupełnie nie pamiętam o czym to była rozmowa, lecz na pewno o rysowaniu. Po prostu utknęliśmy na dłużej w zatłoczonym miejscu i nie było szans, aby gdzieś się przecisnąć.
Kiedyś ktoś powiedział, że punk Franek z mojego komiksu, to wnuczek profesora Filutka. I chyba nie tylko dlatego, że obie serie komiksów – moja i Lengrena, zawsze miały 3 obrazki, jeden nad drugim. Tak czy owak – porównanie dla mnie miłe.

2. Zbigniew Jujka (1934–2019) czyli szpilki na mapie
Niezwykle płodny artysta, który przez kilka dekad w Dzienniku Bałtyckim publikował Dzienniczek – rubrykę z kilkoma aktualnymi rysunkami. Podobne rubryki miał też w kilku innych gazetach.
Z Jujką widywaliśmy się dosyć często, od ok. 2000 roku. Kilka razy byliśmy jurorami konkursów, były wernisaże (Warszawa, Lublin, Oława). Spotkania w Muzeum Karykatury, związane ze stowarzyszeniem karykaturzystów.
Obrady jury konkursu „Koguci pazur” były u mnie na Ochocie. Odkładaliśmy na dwie kupki konkursowe rysunki – te dobre oraz pozostałe, które nawet nie trafią na wystawę. Choć tak naprawdę, to Jujka odkładał, pod moim okiem. Gdy na tę drugą kupkę odłożył jeden z rysunków, powiedział: – „Nie, ten jest słaby”, zaprotestowałem: – „Ale to rysunek Łuczyńskiego! – „To, Łuczyński? A, faktycznie, to ten damy na pierwszą kupkę!”.
Gdy było po wszystkim, pokazałem mu swoją pracownię. Zainteresowała go wielka mapa Polski z wbitymi szpilkami i ponad trzydziestoma karteczkami z napisami. – „Co to jest?” – spytał. – „To redakcje pism lokalnych, które drukują moje rysunki”, odpowiedziałem zgodnie z prawdą, co go skonsternowało. Przez lata nie pokazywał moich rysunków podczas Festiwalu Dobrego Humoru w Gdańsku. Może czuł oddech młodszego konkurenta?
Zapamiętałem też naszą rozmowę podczas jednej z satyrycznych imprez. Gdy dotarliśmy do tematu noclegów dla uczestników, Jujka całkiem poważnie powiedział: – „Szczepan, jesteś biznesmenem, sam powinieneś sobie kupować bilet w hotelu, a organizatorzy niech załatwiają noclegi dla rysowników”. Dlaczego tak powiedział? W tamtym czasie wydawałem kilka ogólnopolskich czasopism satyrycznych. Płaciłem kolegom (Jujce też) honoraria i wielu uważało mnie wtedy bardziej za wydawcę odnoszącego sukces komercyjny, niż za karykaturzystę.
3. Marek Polański (1951–2010) czyli żołnierze w kopertach
Rysownik prasowy z Katowic, którego charakterystyczna kreska znana była czytelnikom wielu gazet regionalnych i ogólnopolskich. Gdy ukazywał się Twój Dobry Humor, wydawane przeze mnie pismo satyryczne, zaproponowałem mu współpracę. Nawet więcej u mnie pisał niż rysował (zresztą to były teksty wcześniej już publikowane). Po kilku numerach zrezygnował – uważał, że teksty nie są odpowiednio wyeksponowane.
Nieco wcześniej poznaliśmy się osobiście. Wiedząc, że będę jechał samochodem przez Katowice, zatelefonowałem i zaproponowałem spotkanie. Umówiliśmy się w kawiarni, gdzieś w centrum. Zdradził mi wtedy swoją tajemnicę: – „Wszystkie moje rysunki, to moi żołnierze i mają dla mnie walczyć. Co miesiąc biorę 10 kopert, wkładam do nich taki sam zestaw przynajmniej 20. rysunków i wysyłam do redakcji. Dzięki temu mam z czego żyć”.
4. Antoni Chodorowski (1946–1999) czyli baranek o posturze gladiatora
Bezlitosny obserwator sceny politycznej, którego karykatury były dla wielu osób artystycznie niedoścignione, a karykatury polityczne były celne i czasem wręcz bezlitosne. Prace Chodora zdobiły czołowe dzienniki i tygodniki. Do dziś pamiętam, byłem w Chełmie, gdy zadzwoniła moja żona: – „Słyszałeś, co mówili w radiu? Nie żyje twój kolega, Chodorowski!”.
Nasze drogi krzyżowały się dosyć często, szczególnie dlatego bo w latach 80. rysowaliśmy do Szpilek. Były spotkania w redakcji, szpilkowy bal karnawałowy, byliśmy na uroczystym występie z okazji rocznicy teatru Syrena (Witold Filler szefował Szpilkom i Syrenie). Byliśmy na plenerach karykaturzystów w Zakopanem i Zamościu, do tego wiele spotkań w Muzeum Karykatury. Chodor miał wielkie gabaryty i wielkie serce. Jego potężna postura wzbudzała respekt i pewnie bez problemu mógłby wygiąć swymi wielkimi dłońmi podkowę, ale przy bliższym poznaniu sprawiał wrażenie spokojnego baranka, który nikomu nie zrobiłby krzywdy. Dziś jedna z ulic na Ursynowie nosi jego imię.

5. Jerzy Flisak (1930–2008) – mistrz lekkiej kreski
Wybitny grafik i ilustrator. Miał syntetyczną kreskę, którą łatwo było rozpoznać. Przez jakiś czas był redaktorem graficznym Szpilek, zrobił mnóstwo ilustracji i okładek do książek (głównie dla dzieci), plakatów.
Podobnie jak z Chodorowskim, nasze drogi artystyczne połączyły Szpilki. Byliśmy na plenerach, było też wiele spotkań w Muzeum Karykatury (także wtedy, gdy był już po wylewie i nie rysował).
6. Gwidon Miklaszewski (1912–1999) czyli Syrenka i składka członkowska
Był rysownikiem-humorystą oraz ilustratorem. Największą popularność przyniósł mu cykl Nasza Syrenka, drukowany przez wiele lat w Expressie Wieczornym. Jego rysunki były utrzymane w lekkim, humorystycznym stylu. Charakteryzowała je prosta kreska oraz krótka, dowcipna puenta, często ukryta w dialogu bohaterów. Najczęściej rysował sceny z życia codziennego: zwykłych mieszkańców miast, urzędników, rodziny, dzieci. Bohaterem cyklu Nasza Syrenka była warszawska syrenka – współczesna kobieta komentująca rzeczywistość PRL-u i codzienne absurdy.
Gdy byłem już w Zarządzie stowarzyszenia karykaturzystów, coś załatwiałem na dłużej w Muzeum Karykatury. Na pięterko wszedł jakiś starszy pan i powiedział, że chce zapłacić roczne składki SPAK. – „Czy może pan przyjąć?” – spytał. Gdy potwierdziłem, wyjął odliczoną kwotę, po czym spytałem: – „Proszę jeszcze podać swoje nazwisko, zanotuję oficjalnie”. – „Gwidon Miklaszewski” – odpowiedział. Już nigdy więcej się nie spotkaliśmy.

7. Marek Konecki (1949–2021) czyli surrealizm w chmurach
Był nie tylko rysownikiem satyrycznym, ale także wykładowcą akademickim, strażakiem oraz ratownikiem górskim – świetnie znał środowisko GOPR i taterników. Publikował rysunki m.in. w Taterniku, Górach i Alpinizmie. Były dowcipne, a często też nieco poetyckie i surrealistyczne.
Widzieliśmy się przy różnych okazjach nie raz, a zbliżyła nas książka „Humor górski” wydana przeze mnie w kilkutysięcznym nakładzie. Umieściłem w niej rysunki oraz dostarczone przez niego teksty humorystyczne o górach i alpinizmie, dodając dowcipy o góralach drukowane wcześniej w Dobrym Humorze. Był osobą dobroduszną, inteligentną, z humorem podchodzącą do życia. Osobiście dał mi swoją ostatnią książkę.
8. Juliusz Puchalski (1930–2011)
Rysownik satyryczny, ilustrator, twórcą plakatów. Ukończył Państwowe Liceum Techniki Teatralnej oraz Państwową Wyższą Szkołę Sztuk Plastycznych w Gdańsku (obecnie Akademia Sztuk Pięknych w Gdańsku). Od 1952 r. publikował w Szpilkach, a w latach 1954–1974 był ich kierownikiem graficznym.
Jego twórczość znałem głównie ze Szpilek, a jego rysunki były rysowane nonszalancko i sprawiały wrażenie niedbałych. Niemal zawsze pojawiał się tekst – pod rysunkiem, nie pisany ręcznie lecz czcionką drukarską. To on otworzył drogę autorom (nie piszę żadnych nazwisk!), którzy później rysowali po prostu niedbale, co nie każdemu się podoba.
Widzieliśmy się nie raz (głównie Szpilki i Muzeum Karykatury), przelotnie zagadując i podając ręce. Niestety nie było okazji aby się bliżej poznać; może właśnie przez to sprawiał wrażenie zamkniętego w sobie, a może po prostu miał swoje życie i swoją twórczość.

9. Zbigniew Ziomecki (1930–2015)
Ukończył Państwowe Liceum Sztuk Plastycznych w Warszawie, a podczas II wojny światowej działał w konspiracji AK – był łącznikiem o pseudonimie Hermes. Zadebiutował w 1951 roku w tygodniku Mucha, a od 1952 roku przez wiele lat publikował w Szpilkach.
Jego poznałem lepiej niż Puchalskiego. Gdy byłem już w Zarządzie stowarzyszenia karykaturzystów i wydałem wspomnianą wyżej książkę Marka Koneckiego, chodziło mi po głowie wydanie serii autorskich tomików znanych autorów, z ich najlepszymi rysunkami. Pierwszym, do którego się zgłosiłem (podczas jednego z nieoficjalnych spotkań w Muzeum Karykatury), był Ziomecki. Szybko odpowiedział: – „No wiesz, teraz wydasz książkę, a jak zwróci się do mnie jakiś inny, duży wydawca, to nie będę miał dla niego rysunków!”. W sumie powinienem mu być wdzięczny, bo seria nie wystartowała. Na podobnych cyklach książek „przejechało się” kilku wydawców. Nikt nie chciał takich publikacji kupować. Dodam, że Ziomecki potem nie wydał już żadnej autorskiej książki.
10. Julian Bohdanowicz (1942–2015) – sąsiedzkie plotki na Ochocie
Wybitny rysownik, mistrz kreski i zabawnej puenty. Drukował w Szpilkach i wielu innych tytułach, a tematyka rysunków była szeroka: typowy humor, polityka, sprawy codzienne. Wraz z Jujką stanowili tandem – byli bliskimi kolegami.
Z Julkiem znaliśmy się wcześniej, ale największe wrażenie zrobił na mnie, gdy zgodził się na publikację (wybranych przeze mnie) rysunków w moim tytule Dobry Humor-Rysunki. Wiedział, że to robię dla młodych rysowników i fanów rysunkowego humoru. Zrezygnował z honorarium, mówiąc: – „Szczepan, przeznacz te pieniądze na honoraria dla młodych rysowników”.
Kilka lat później zostaliśmy sąsiadami z tej samej ulicy. Najpierw ja przeniosłem się na Ochotę, niedługo potem on, z żoną Grażyną. Co jakiś czas, zupełnie przypadkiem, spotykaliśmy się na zakupach, w Blue City. Rozmawialiśmy wtedy na różne tematy, choć trzonem rozmów oczywiście była nasza działalność artystyczna, najnowsze wieści, oraz… plotki. Na przykład o wspólnych znajomych. Michaił Zlatkowski, którego poznałem w Armenii (byliśmy specjalnymi gośćmi festiwalu), nocował przez kilka dni u Bohdanowiczów… Ale więcej nie powiem!

11. Andrzej Czeczot (1933–2012) czyli wsparcie od mistrza
Być może najbardziej oryginalna kreska, do tego często mocne, „niewygodne” tematy, podane oryginalny w sposób. Publikował w czołowych polskich tytułach, m.in. Polityka, Literatura, Ty i Ja, Polska. W latach 80. i 90. mieszkał w Nowym Jorku – współpracował m.in. z The New Yorker, The New York Times, The Wall Street Journal.
Osobiście się nie poznaliśmy, ale raz nadarzyła się okazja do rozmowy telefonicznej. To było wtedy, gdy wybuchł skandal związany z publikacją przeze mnie książeczki w dowcipami o Adamie Małyszu. Nie wnikając teraz w szczegóły (to temat szerszy), o co w tym wszystkim chodziło, Czeczot pozytywnie wypowiadał się w jednej z gazet na temat tej publikacji i ganił próby zakazywania druku dowcipów oraz rysunków satyrycznych z Małyszem. Uznałem, że warto podziękować mu za to bezinteresowne wsparcie.

12. Szymon Kobyliński (1927–2002) czyli duchota na Olimpie
Człowiek-instytucja, genialny rysownik, historyk i gawędziarz, Jego głos, brodę i brzuch, znali niemal wszyscy Polacy. Przez wiele lat miał „okienko” z rysunkiem na pierwszej stronie tygodnika Polityka, od którego każdy zaczynał lekturę.
Z różnych powodów stronił od kontaktów z kolegami po fachu i chyba jego jedynego z „wielkich” nie było mi dane poznać, choć byłem blisko. W lutym 1995 Muzeum Karykatury otworzyło wystawę prac Szymona Kobylińskiego z okazji 50-lecia pracy twórczej. Oczywiście przyszedłem na wernisaż, jak na wszystkie wernisaże w tamtym okresie. Były wielkie tłumy – aż tylu ludzi na żadnej dotychczasowej wystawie w Muzeum nie widziałem. To zrozumiałe – był nie tylko rysownikiem, ale też gwiazdą TVP. Choć był luty, w środku był nie tylko tłum, ale było gorąco, ukrop, wszyscy byli spoceni. Po oficjalnym otwarciu, zgromadzeni ruszyli w kierunku Kobylińskiego, siedzącego w rogu sali – po autograf. Choć chciałem go osobiście poznać – przez duchotę i ścisk, po prostu odpuściłem. Nie wiem jak on to przeżył, ale przeżył. I już nigdy nie nadarzyła się okazja, abym Kobylińskiego poznał.

13. Eryk Lipiński (1908–1991) czyli prorok z Ursynowa
W PRL-u znał wszystkich i wszyscy go znali. Nawet nie wypada, abym tu pisał, kim był. Ci, który go mieli okazję poznać, z grzeczności mówili mu na „pan”, ale gdy w jakiejś rozmowie padło imię Eryk – było wiadomo, że chodzi o Lipińskiego.
Miałem kilkanaście lat, gdy w Świecie Młodych opublikowano z nim wywiad. Byłem już po prasowym debiucie w ŚM, uwielbiałem rysować i widziałem w sobie materiał na rysownika prasowego. Wiedząc, że planuje powołanie do życia stowarzyszenia karykaturzystów – nie wiem teraz jak, ale zdobyłem prywatny adres Lipińskiego na Ursynowie i do listu dołączyłem kilka moich rysunków.
Jakież było moje zdziwienie, gdy wkrótce osobiście odpisał. Gromadził dane o twórcach (wtedy nie było jeszcze Muzeum Karykatury i wszystkie zbiory były w jego mieszkaniu). Poprosił mnie o przesłanie biografii – informacji na mój temat. I dodał, że będzie się kontaktował w sprawach organizacyjnych.
Byłem jednym z członków-założycieli Stowarzyszenia Polskich Artystów Karykatury, a jako osoba najmłodsza na sali – skromnie usiadłem w dalekim rzędzie. Zresztą wtedy osobiście znałem tylko kilku rysowników, którzy tu przybyli, a podczas przerwy osobiście poznałem tu kilku kolejnych. Twarze niektórych znałem ze zdjęć drukowanych w prasie – byłem wśród elity polskiej karykatury powojennej i największych gwiazd. Pamiętam wydłużające się liczenie głosów. I zdradzę, że oczywiście jak wszyscy – głosowałem na Eryka. Został pierwszym prezesem SPAK.
Znani karykaturzyści: (c) Szczepan Sadurski / Sadurski.com
Jeden z tekstów na zbliżające się jubileusze: 40-lecie Stowarzyszenia Polskich Artystów Karykatury (2027) oraz 50-lecie powstania Muzeum Karykatury w Warszawie (2028).
Uwaga. Podczas warsztatów karykatury dla firm w całej Polsce, jakie prowadzi Sadurski, opowiada sporo anegdot. > Tu więcej
Zobacz też:
> Rysowanie karykatur na wydarzeniach firmowych w Poznaniu
> Karykatury na żywo – Kraków i woj. małopolskie


