Do różnych programów telewizyjnych trafiałem dzięki rysunkom, ale tym razem pomogły mi ślimaki. To były czasy pierwszych reality show, dziwnych castingów i ludzi, którzy za wszelką cenę chcieli zostać celebrytami. Na casting trafiłem przypadkiem, ale błyskawicznie uznano, że jestem idealnym kandydatem.
Jak uczyłem ślimaki latać
Obok domu mam ogródek, a w nim ślimaki – utrapienie tych, którzy chcieliby cieszyć swe oczy pięknymi roślinami. A ja wtedy na wszelkie sposoby walczyłem z plagą ślimaków, choć bez radykalnych metod. Dlatego uczyłem wtedy ślimaki latać. Gdy jakiegoś mięczaka znalazłem, chwytałem za skorupkę, podchodziłem do ogrodzenia i wyrzucałem do sąsiada kilka metrów dalej (bo on miał zaniedbany trawnik i chaszcze).
Gdy brzuchomówca Wojtek Ganc opuścił Big Brother-2 czyli dom Wielkiego Brata w Sękocinie, byliśmy w stałym kontakcie, a on dostawał kolejne propozycje. Któregoś dnia zadzwonił i powiedział, że TVN robi casting do nowego show i spytał czy mógłbym go podwieźć na Wiertniczą.
Casting, na który nie miałem trafić
Na wyznaczony termin nie było wielu chętnych. Wywołano Wojtka, wszedł do pokoju na rozmowę, a ja żeby się nie nudzić, czytałem wziętą ze sobą gazetę, bo wtedy w komórkach nie było jeszcze Internetu.
Niedługo potem Wojtek wyszedł, a po nim w drzwiach pojawiła się głowa jakiegoś faceta, który zatrzymał wzrok na mnie, siedzącym na fotelu.
– Zapraszam pana!
– Ale ja nie na casting, tylko tu kolegę przywiozłem.
– Co panu szkodzi? Skoro już pan jest…
Zdanie, które otworzyło drzwi do programu TVN
Gdy usiadłem w środku, padło pierwsze pytanie:
– Proszę powiedzieć, kim pan jest?
– Satyrykiem.
– Acha. A co pan ostatnio robi?
– Ostatnio? Uczę ślimaki latać.
W tym momencie oczy faceta rozbłysły, jakby chciały powiedzieć „Jesteś tym, którego szukamy!”.
Wojtka do nowego show nie przyjęli, za to do mnie kilka dni później zatelefonował ktoś z produkcji.
– Zapraszamy na pierwsze nagrania. Wcześniej podpisze pan jeszcze dokumenty i zgodę na wykorzystanie wizerunku.
Za normalny do telewizji
TVN szukało wtedy kolejnych formatów, które pokocha widownia. Zupełnie nie pamiętam nazwy tego programu. Grunt, że zanim rozpoczęto nagrania, pogadałem z ekscentrycznym Gracjanem – gościem, który pojawiał się we wszystkich programach TV i chciał być idolem.
Usiedliśmy wokół wielkiego, okrągłego stołu, kilkanaście osób i prowadzący (chyba głos z offu) zadawał dziwne pytania. Tak jak inni uczestnicy, odpowiadałem. Satyrycznie, trochę śmiesznie, zaskakująco, ale z sensem. Szybko jednak zorientowałem się, że jestem wśród dziwaków, którzy gadają raczej bez sensu, a może po prostu na siłę starali się robić z siebie oszołomów. Ich odpowiedzi wzbudzały zainteresowanie i takich ten program potrzebował.
Moje podejrzenia okazały się trafne. Po emisji pierwszego odcinka odpadłem, bo nie pasowałem do towarzystwa. Widocznie byłem za mało nienormalny.
Potem były emitowane kolejne odcinki show i nawet ich nie oglądałem. Program nie chwycił, więc podejrzewam że nawet w siedzibie TVN tak samo jak ja, nie pamiętają już jego nazwy.
A ślimaki? Kilka lat później znikły. Może nauczyłem je fruwać?
Latające ślimaki: (c) Szczepan Sadurski / Media . Sadurski.com
Zobacz też:
> Szalone lata 90. Radio Lublin i lubelskie anegdoty
> Jak z Onetem robiłem pierwszy portal satyryczny


