W stanie wojennym narysowałem Jaruzelskiego i Wałęsę tak, że… cenzor ich nie zauważył. Rysunek poszedł do druku, wybuchła afera, a egzemplarz gazety trafił na biurko samego generała. Tak właśnie działała cenzura w PRL-u podczas stanu wojennego.
„Dobre, ale cenzura nie puści”
Gdy w stanie wojennym przynosiłem moje rysunki satyryczne do redakcji „Kuriera Lubelskiego„, ich pierwszym recenzentem i przed-cenzorem był sekretarz redakcji. Z lewej odkładał rysunki do publikacji, z prawej te, które mu się nie podobały. Ale była też trzecia opcja:
– Dooobre! Ale tego cenzura nie puści!
Nie wiem, jak oceniali moje rysunki cenzorzy, poza tym konkretnych wskazówek żaden nie miał. Po prostu miał stać na straży ustroju i władzy, a jak coś było niebezpieczne – nie przystawiał pieczątki. Twórca, cenzor (i nikt poza nimi) na zawsze pozostawali jedynymi osobami, które poznały treść niewygodną dla władzy.

Na Mysiej decydowano, co Polacy mogą przeczytać
Dla twórców i dziennikarzy adres przy Mysiej był tym, czym dla uczniów gabinet dyrektora szkoły. Tam zapadały decyzje, które teksty i rysunki mogą ujrzeć światło dzienne.
Moja twórczość była „recenzowana” głównie w dwóch miejscach: na ul. Mysiej w Warszawie (to był kultowy i złowrogi adres stolicy) oraz na rogu Okopowej i Narutowicza w Lublinie (wejście od ul. Hempla, obecna ul. Zesłańców Sybiru).
Starałem się nie myśleć o cenzurze, po prostu wymyślałem i tworzyłem rysunki. Redaktorzy z „Kuriera Lubelskiego” regularnie tam biegali – nie mieli daleko. Podobno cenzor przychodził też na Unicką, do wielkiej drukarni. Usprawniało to pracę gazety drukującej codziennie setki materiałów, które trzeba było przepuścić przez cenzorskie sito.

Pieczątka dla pieczątki
Któregoś razu musiałem zajrzeć osobiście w podwórko przy ul. Hempla, które dotychczas omijałem. Miałem pokazać cenzorowi rysunek, który miał trafić na plakat mojej wystawy, w bardzo małym nakładzie.
Dowiedziałem się od niego, że zanim przystawi swoją ważną pieczątkę, rysunek musi być wcześniej zaakceptowany pod względem artystycznym przez Wydział Kultury i Sztuki Urzędu Wojewódzkiego. Bo przecież na byle czym nie można przystawiać pieczątek cenzury.
Zdobyłem akceptację artystyczną Starszego Inspektora Wojewódzkiego 19 grudnia 1983 (pieczątka i podpis), wróciłem do cenzora i wtedy przystawił upragnioną pieczęć. Plakatu ostatecznie nie wydrukowano, ale pieczątki na odwrocie zostały na zawsze.

Cenzor nie zauważył niczego. Czytelnicy zauważyli wszystko
Praca cenzora była odpowiedzialna, ale cenzor też był człowiekiem. Zdarzało się, że puścił do druku to, czego absolutnie nie powinien czyli przystawił swoją pieczątkę. Tak było w ostatnich dniach roku 1982, gdy „Kurier Lubelski” kończył skład Szopki Noworocznej. Autorami byli: Kazimierz Pawełek (dziennikarz, satyryk, później naczelny „Kuriera” i senator) oraz niżej podpisany – jako autor ilustracji.
Treść dotyczyła tematów lokalnych i w kilka dni zrobiłem ilustracje. Wtedy dowiedziałem się, że muszę dorysować tytułową winietę. I coś mnie podkusiło, żeby zadrzeć z cenzurą. Między napisem Szopka Noworoczna, narysowałem postacie kolędników. Na pierwszy rzut oka były zwykłymi kolędnikami, dopiero po chwili można było rozpoznać, kogo przedstawiają. Cenzor tego nie zrobił i poszło do druku.
Nakład sprzedano błyskawicznie, tym bardziej że lotem błyskawicy rozeszło się po Lublinie, kogo Sadurski narysował. Z lewej był diabełek – Wojciech Jaruzelski (któremu coś dyndało między nogami) oraz aniołek Jerzy Urban. Z prawej szli: kot – Lech Wałęsa, turoń – Kuroń i lis z gwiazdą (a raczej: Lis z Gwiazdą). Jak cenzor mógł tego nie dostrzec i czy wyciągnięto wobec niego służbowe konsekwencje – tego nie wiem.

Rysunek trafił na biurko Jaruzelskiego
Byłem poza redakcją, gdy ważyły się losy naczelnego redakcji (Grzegorz Wójcikowski), a o aferze dyskutowano w lubelskim KW PZPR. Dostałem ostrzeżenie, że mogę dostać „wilczy bilet” czyli na zawsze pożegnać się z kształceniem w liceum plastycznym. Antysocjalistyczne rysunki (dziś niektóre są na ekspozycji stałej w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku) tworzone do szuflady schowałem w piwnicy, jak radzili dobrzy ludzie i z trwogą czekałem na konsekwencje.
Sprawy toczyły się błyskawicznie, choć konkretne wieści dotarły do najbardziej zainteresowanych znacznie później. Ktoś z Lublina podrzucił na biurko Jaruzelskiego egzemplarz gazety z Szopką, żądając surowych konsekwencji. Kazimierz Pawełek sprawę opisał
w książce „To się nadaje do Kuriera” – pisząc o „usłużnym piesku”, dodając, że zna nazwisko donosiciela. Zmarł w 2017 r. i nie wyjawił tego nazwiska. Zresztą podobno Jaruzelski obrócił sprawę w żart i podjął decyzję, aby nie wyciągać konsekwencji.
Cenzura kontra twórczość satyryczna
Cenzorzy walczyli także na największej imprezie satyrycznej w Polsce – legnickim Satyrykonie. Rysunki na konkurs wysyłały tu rzesze autorów. Ocenzurowanych rysunków było tyle, że organizatorzy imprezy, gdy już zmieniła się Polska, zrobili oddzielną wystawę.
Były na niej rysunki zdjęte przez cenzurę, wśród nich kilka moich. Niestety w archiwum obecnie nie mogę odnaleźć mini-katalogu tej wystawy, więc nie pamiętam jaki miała tytuł, a w sieci nie ma dziś żadnych informacji.
Do punktu ksero tylko z pieczątką cenzury?
Strach przed cenzurą i konsekwencjami omijania cenzury bywał czasami paraliżujący. Do dziś pamiętam, jak jeden z właścicieli usługowego punku ksero w centrum Lublina odmówił mi zrobienia dwóch kopii mojego rysunku, które miałem zanieść do redakcji, do publikacji.
Nie było tam nic specjalnego, chyba karykatura jakiegoś polityka. Zaproponował, żebym rysunek zaniósł do cenzury, wrócił do niego z tym rysunkiem i jeśli będzie na nim stosowna pieczątka, on zrobi xero.

Ukryty przekaz w przypadkowym tekście?
To, co cenzura coś puści, czy nie – to była loteria. Zdarzało się, że całkiem grzeczny politycznie rysunek był odrzucony, a taki który tematycznie był „po bandzie” i miałem podejrzenia, że cenzura może zatrzymać – drukowano bez przeszkód. Dlatego po prostu rysowałem i nie zwracałem uwagi na to, że cenzor będzie to oglądał. Ja byłem od rysowania, cenzor od cenzurowania.
W jednej z warszawskich redakcji zostawiłem taki rysunek: facet siedzi w fotelu i czyta gazetę. Tytuł w gazecie: Sprawiedliwość – co to takiego. Facet sam sobie komentuje: „No właśnie”.
Rysunek wydrukowano, a gdy oryginał potem do mnie wrócił. Na odwrocie obok pieczęci cenzora, była adnotacja: „Bez tekstu czytanej gazety”. Ten cenzorski warunek spełnił ktoś z redakcji, zamazując literki tekstu, które nakleiłem na rysunku jako „treść artykułu”. Była to całkowicie przypadkowa treść, którą wyciąłem z jakiejś gazety i wkleiłem do rysunku. Cenzor jednak uznał, że może to jakiś ukryty przekaz czyli treść jednak nie jest przypadkowa.

Tak działała cenzura PRL-u
Prawdziwa cenzura nie polegała na krytyce, sporach czy ograniczaniu zasięgów. Polegała na tym, że urzędnik państwowy mógł zdecydować, czy tekst, rysunek albo informacja w ogóle ujrzy światło dzienne. Z taką cenzurą miałem do czynienia wielokrotnie. Kto pamięta tamte czasy, wie jak wyglądała prawdziwa cenzura.
Cenzura w PRL-u: (c) Szczepan Sadurski / Media . Sadurski.com
Na górnej ilustracji: rysunek Sadurskiego, eksponowany na wystawie w Legnicy
Zobacz też:
> Jak udzieliłem wywiadu dla Głosu Ameryki. Karykatury stanu wojennego
> Jak Kwaśniewski poznał najmłodszego rysownika
> Skandaliczny rysunek, który sprowokował VIP-y PRL-u


