Przez lata środowisko polskich karykaturzystów znało Jacka Frankowskiego jako autora projektów lalek „Polskiego ZOO”, prezesa stowarzyszenia i człowieka z kamerą, który wszystko dokumentuje. Ja zapamiętałem go inaczej: przy golonce i piwie, podczas noclegu w jednym łóżku oraz wtedy, gdy powiedział mi zdanie: „Szczepan, co ty wiesz o życiu”. Ta historia nie jest tylko opowieścią o dwóch rysownikach. To kawałek świata polskiej satyry, którego już właściwie nie ma.
Zjazd założycielski. Jak głosował Eryk Lipiński?
Jacka Frankowskiego – leśnika, który został karykaturzystą, pierwszy raz widziałem 26 kwietnia 1987 roku. W Domu Literatury przy Krakowskim Przedmieściu 87/89 w Warszawie odbywał się zjazd założycielski Stowarzyszenia Polskich Artystów Karykatury. To wtedy Eryk Lipiński został pierwszym prezesem, a Jacek skrupulatnie nadzorował liczenie głosów.
Eryk dostał 100% głosów, chociaż nie, jeden był wstrzymujący się. Idę o zakład, że z grzeczności na siebie nie głosował i to był jego głos.
Gdyby nie to liczenie głosów, pewnie poznałbym wtedy Frankowskiego osobiście. W przerwie obrad następowała integracja, poznałem kilku nowych kolegów po fachu, a Frankowski cały czas liczył głosy. Później zajmował się redagowaniem biuletynu SPAK, który co jakiś czas trafiał listownie do wszystkich członków organizacji. Był rysownikiem „Rzeczpospolitej”.
Co ty wiesz o życiu
Frankowskiego poznałem niedługo potem. W Lubelskim Domu Kultury przy ul. Pstrowskiego była chyba jego wystawa, w każdym razie przyjechał na wernisaż do Lublina. Potem w podziemiach, w Hadesie było nieoficjalne spotkanie, na które zostałem zaproszony.
Frankowski zamówił tłustą, wielką golonkę – tę potrawę uwielbiał ponad wszystko.
Rozmawialiśmy w kilkuosobowej grupie, przy stole. Wtedy byłem młody i wydawało mi się, że świat jest prosty. Powiedziałem:
– Środowisko karykaturzystów jest inne niż pozostałe. Tutaj wszyscy się lubią i nie ma zawiści oraz konkurencji.
Spokojnie przegryzł kawałek golonki, łyknął piwa z kufla i powiedział:
– Oj, Szczepan. Co ty wiesz o życiu.
Kilka lat później zrozumiałem, co miał na myśli.

Polskie ZOO i dowcipy polityczne
Gdy we wrześniu 1991 r. pierwszy numer „Dobrego Humoru” trafił do kiosków, w TVP zadebiutowało „Polskie ZOO”. Satyryczno-kukiełkowy program błyskawicznie stał się ogólnopolskim fenomenem. Jacek Frankowski, autor projektów kukiełek polityków, nagle stał się najbardziej rozpoznawalnym polskim karykaturzystą.
Gdy przygotowywałem książkę „Dowcip polityczny 1989–1992”, chciałem, aby to właśnie jego rysunki przedstawiające słynne postacie znalazły się na okładce. Zapłaciłem tyle, ile sobie zażyczył, licząc że popularność „Polskiego ZOO” pomoże sprzedaży książki. Trochę się przeliczyłem.
Co ciekawe, w tamtym czasie w różnych mediach powtarzano, że dowcip polityczny umarł, bo z „naszych” już nie wypada się śmiać. Na przekór temu wydałem książkę pełną dowcipów o Wałęsie, Michniku, Mazowieckim i Kuroniu.

Moja noc z prezesem SPAK
W którymś momencie Frankowski został prezesem stowarzyszenia, a ja byłem wtedy w Zarządzie Głównym. Regularnie widywaliśmy się na spotkaniach, wystawach, plenerach i konkursach.
Któregoś razu pojechaliśmy do Heńka Cebuli do Jarosławia. Po wernisażu była gościna, procenty i późna noc. Wtedy okazało się, że warunki noclegowe są skromne: jedno łóżko dla dwóch. Krótko mówiąc – miałem spędzić noc z prezesem SPAK.
Rano zażartowałem, że jestem pierwszym członkiem stowarzyszenia, który poszedł z prezesem do łóżka i niczego nie próbował sobie załatwić.

Sadurski w Głosie Ameryki
W lutym 1989 roku, jeszcze mieszkając w Lublinie, udzieliłem telefonicznego wywiadu dla Głosu Ameryki. Zadzwonił z USA Wojtek Żórniak.
Wywiad wyemitowano, ale go nie nagrałem. Jedyną osobą, która po latach wspomniała, że go słyszała, był właśnie Frankowski.
– Słucham sobie Głosu Ameryki, a tam wywiad z tobą! – powiedział któregoś razu.
Jacek Frankowski i katastrofa Smoleńska
Niewiele osób wie, że w dniu katastrofy smoleńskiej Jacek Frankowski był w Katyniu wraz z delegacją polskich leśników. O tragedii poinformowała go telefonicznie żona.
– Ludzie patrzyli na mnie, jakby nie docierało do nich to, co mówię – wspominał.
Był potem na przejmującej mszy, podczas której stały puste rzędy krzeseł przeznaczonych dla ofiar katastrofy. Jestem pewien, że Jacek mimo wszystko wyjął kamerę i nagrywał. Na każdą imprezę przychodził ze statywem i kamerą. „Bo może się przyda”.
Karykaturalne eventy z Frankowskim
Przez lata wielokrotnie rysowaliśmy razem na eventach. Warszawa, Łódź, Pabianice, Karpacz i inne miejsca. Podczas jednej z imprez w Hotelu Gołębiewski w Karpaczu, we wrześniu 2024 roku, wokół trwała wielka powódź. Wracając rano samochodem na północ, widzieliśmy pozalewane samochody i ulice.
Ale bardziej zapamiętałem coś innego. Frankowski zamiast rysować karykatury, prowadził długą rozmowę z osobą, którą rysował. Po dwudziestu minutach zaczęły się protesty ludzi czekających w kolejce. Musiałem stanowczo interweniować.
Z prezesem jest trochę jak z małżeństwem – nie zawsze jest idealnie. Nie wszystko wspominam dobrze, o paru sprawach wolałbym zapomnieć. Ale takie jest życie.
Jacek Frankowski: (c) Karykatury . Sadurski.com
Na górnym zdjęciu: Jacek Frankowski, 1999. Foto: Sadurski
Jeden z tekstów na zbliżające się jubileusze: 40-lecie Stowarzyszenia Polskich Artystów Karykatury (2027) oraz 50-lecie powstania Muzeum Karykatury w Warszawie (2028).
Zobacz też:
> Wróżka, kangury i karykatury. Moje podróże na koniec świata
> Rysowanie karykatur na żywo – oferta na Lublin i woj. lubelskie


