Wierzysz w przeznaczenie, czy raczej w twardą logikę faktów? Czasami życie układa się w unikatowy wzór, którego nie powstydziłaby się najlepsza wróżka. Zapraszamy w podróż na koniec świata, gdzie rysunek satyryczny spotyka się z australijską przygodą, a marzenia o dalekich krajach stają się zawodowym wyzwaniem. Poznaj historię, w której karykatury otwierają drzwi do najbardziej odległych zakątków globu.
Życie to puzzle
Życie człowieka jest jak układanie puzzli. Jedni układają szybciej, inni mają ciekawszy wzór do ułożenia. A jak jest w moim przypadku? Gdy widzę kupkę elementów układanki, wiem co jest na połowie z nich, nawet jeśli są pod spodem, jednak nie wiem jak je poskładać.
Wiele razy docierały do mnie sygnały, ale nie umiałem ich rozszyfrować lub uważałem, że te sygnały są zbyt dziwaczne. Tak między innymi było, gdy wróżka przepowiedziała mi samotną podróż na koniec świata.
Ezoteryczna pułapka i zatoki w szafce
Początek XXI wieku, szeroko reklamowane targi ezoteryczne w Warszawie. Zaciekawiło mnie to wydarzenie i postanowiłem tam pójść. Facet, który dużo zarabiał i wiecznie był zapracowany – wiem, to nie trzymało się logiki, ale coś mnie tam ciągnęło.
Za kilkaset złotych kupiłem podobno sprawdzony zestaw specyfików, które pomagają każdemu cierpiącemu na chore zatoki. Miałem z tym problem już w liceum, przez kilka tygodni chodziłem wtedy na naświetlanie specjalnymi lampami. Nie pomogło, ale warto nadal próbować. Wróciłem do domu i żona wybiła mi z głowy: – „Nawet nie wiesz, jakie są składniki i czy ci nie zaszkodzi!” I faktycznie, na kilka lat pomogło (bo kupiłem, ale nie używałem). Ani razu nie skorzystałem, ale zestaw leżał w szafeczce obok mojego łóżka. Po kilku latach wyrzuciłem i problem z zatokami powrócił.

Wyrocznia z kart tarota: Samotnie na koniec świata
Była jeszcze druga rzecz, z której wtedy, na targach ezoterycznych, skorzystałem. A nawet dwa razy, bo po raz pierwszy i ostatni w życiu. Obok kotary siedziała wróżka. Akurat sama. Coś mnie podkusiło, żeby podejść i za opłatą poznać swoją przeszłość i przyszłość. Ta pierwsza była zaskakująco prawdziwa. Popatrzyła na dłoń, potem rozłożyła karty tarota i opisała moje dotychczasowe życie zaskakująco trafnie, choć bez szczegółów. A skoro tak dobrze poradziła sobie z przeszłością, była szansa że z tym co mnie czeka, też sobie poradzi.
Kilka rzeczy o których wtedy się dowiedziałem, zapadło mi w pamięć i potem sukcesywnie się sprawdzało. Powiedziała mi m.in, że czeka mnie bardzo daleka, samotna podróż. – „Może Brazylia, Australia?” – zgadywała, gdy spytałem o coś więcej. Jeździłem turystycznie trochę po świecie, ale zawsze z rodziną i nawet jeśli to było daleko od Polski (RPA, Tajlandia), nie był to „koniec świata”.
Artystyczny pojedynek. Nowy Jork czy Newcastle?
W 2011 i 2012 r. moje kontakty „ze światem” były oraz częstsze. Był już Facebook, rozwijałem portal SuperPolonia.info, w którym było sporo informacji o Polonii czyli Polakach mieszkających za granicą. Informacje o mnie i moich osiągnięciach były dostępne dla każdego, kto wiedział czym jest wyszukiwarka Google. I byłem otwarty na ciekawe wyzwania.
Pierwsze podejście do mojej podróży artystycznej do USA (chyba początek 2012) nie wypaliły, choć gorąco byłem namawiany zza oceanu. Nagle, niemal z dnia na dzień, osoba przestała się odzywać. Wkrótce przyszła jeszcze ciekawsza propozycja. Rok wcześniej byłem na dwóch wycieczkach (Stany Zachodnie, Stany Wschodnie – w tym Nowy Jork), ale tym razem miałem pojechać jako artysta-satyryk.
Większość spraw była już załatwiona (w tym termin, sponsor biletów lotniczych), gdy nadeszła informacja z Newcastle w Anglii. Dokładnie w tym samym czasie będzie wernisaż wystawy, którą współorganizowałem i o której prawie zapomniałem. Wystawa rysunku satyrycznego, której tematem był pegaz (była to nazwa organizacji polonijnej), organizowałem jako Partia Dobrego Humoru. Stworzenie regulaminu, wysyłanie zaproszeń do wzięcia udziału, reklama poprzez własne kontakty, korespondencja z autorami, zebranie i wybór konkursowych prac od kilkudziesięciu autorów, wreszcie wysłanie plików do Anglii.
Musiałem odmówić – wybrałem Nowy Jork. I nie żałuję, bo to był intensywny pobyt (spotkania, wystawy, poznawanie nowych ludzi i miejsc). To wtedy pod Chrysler Building wystartował projekt o nazwie Wesoły Wieżowiec i wtedy po raz pierwszy przeczytałem, że jestem jednym z najszybszych karykaturzystów na świecie. To była adrenalina i niemal każdy dzień wypełniony po brzegi.

Kangury zamiast wiewiórek i Wesoły Wieżowiec
Zanim wyruszyłem do Nowego Jorku, było już wiadomo, że 2 miesiące później będę w Australii. Przez organizatorów festiwalu PolArt zostałem zaproszony na festiwal polonijny do Melbourne. Był udział w wystawie (pokazywano moje rysunki), szereg imprez na których tworzyłem karykatury na żywo, promocja książki do której w Polsce zrobiłem ilustracje. I jeszcze realizacja szalonego pomysłu, aby na 1 dzień polecieć do Sydney, bo może nigdy tak blisko nie będę.
Już pierwszego dnia po przylocie i śnie – na ile jetlag na niego pozwala, zobaczyłem kangury. Siedziały albo skakały po parku, jak u nas wiewiórki, między drzewami. I jeszcze znak drogowy „Uwaga, kangury”, przy którym poprosiłem o zrobienie pamiątkowego zdjęcia.
Sylwestrowy szok: Tatar, bigos i australijski upał
Tak się złożyło, że mój pobyt w Australii przewidziano na przełom roku. Spędziłem tam Boże Narodzenie (i bynajmniej nie było śniegu, ale upał) oraz Sylwestra – rysując karykatury na imprezie w Rowville, na przedmieściach Melbourne. Możliwe, że byłbym na bardziej ekskluzywnym balu, ale tam lista wszystkich atrakcji była już zamknięta.
W Rowville pracy było jak zwykle dużo, możliwe że narysowałem wszystkich. I tak jak w Polsce, Stanach i innych krajach – kończyło się co najmniej na szerokim uśmiechu, w porywach na wybuchu radości, którego nie można powstrzymać.
Zasady uczestnictwa w balu były inne niż w Polsce. U nas w cenie masz niemal wszystko, a tam za wszystko co na półmiskach, musisz na bieżąco zamawiać i za to płacić. Wreszcie przed północą organizator zaproponował mi jakieś jedzenie. Do wyboru był bigos i tatar. Po chwili okazało się, że bigosu już nie ma. Byłem tak głodny, że zjadłem pierwszy w życiu tatar! Najważniejsze, że zaliczyłem pierwszego zawodowego Sylwestra poza Polską i to nie byle gdzie, bo w Australii.

Koniec świata
Kilka lat wcześniej wróżka przepowiedziała mi samotną podróż na koniec świata. Tymczasem w jednym roku zaliczyłem ich dwie – Stany i Australia. A gdybym miał wybierać, którą miała na myśli – na pewno miała to być Australia. W Stanach wcześniej już byłem, a Australia od Polski jest dalej. Do tego pierwsze poza Polską i rodziną Boże Narodzenie i Sylwester. I raz prawie się zgubiłem (komórka przestała działać), na szczęście determinacja i znajomość angielskiego sprawiły, że poradziłem sobie. Tak, to była podróż na koniec świata.
Choć kilka lat później znów odwiedziłem Melbourne i Sydney, była to już turystyczna podróż z rodziną. Ciekawe, co powiedziałaby mi jakaś wróżka teraz. I czy znów by się spełniło?
Wycieczka do Australii: (c) Szczepan Sadurski / Sadurski.com
Kilka informacji
1. Czy wycieczka do Australii wymaga wizy?
Tak, obywatele Polski muszą posiadać wizę (eVisitor), którą można uzyskać online.
2. Kiedy najlepiej lecieć do Australii?
Jeśli chcesz uniknąć zimy w Polsce, termin grudzień-luty (australijskie lato) jest idealny, choć trzeba być gotowym na upały.
3. Czy w Melbourne łatwo spotkać kangury?
W samym centrum nie, ale na obrzeżach i w parkach narodowych (jak np. Grampians) są tak powszechne, jak sarny w Europie.
4. Co to jest jetlag?
Jetlag (zespół nagłej zmiany strefy czasowej) to stan, w którym wewnętrzny zegar biologiczny człowieka przestaje pasować do czasu lokalnego po szybkim locie przez kilka stref czasowych. Objawia się najczęściej paraliżem energii w ciągu dnia, bezsennością w nocy, problemami z koncentracją i brakiem apetytu. W przypadku lotu do Australii jetlag jest szczególnie dotkliwy, ponieważ różnica czasu wynosi zazwyczaj od 8 do 10 godzin, co stanowi ogromne wyzwanie dla organizmu.
Zobacz też:
> Najszybszy karykaturzysta w Australii
> Karykatury na świecie. Od Nowego Jorku po Australię


