Niektóre wspomnienia mają bardzo konkretny zapach. Dla mnie to unikalny aromat świeżych lubelskich cebularzy, które mój ojciec przynosił nad ranem po ciężkiej, nocnej zmianie w piekarni. Życie w PRL-u nie było usłane różami, a nasza rodzina była jedną z wielu. Przeczytaj opowieść o przedwojennym materiale, dramatycznych ucieczkach, rodzinnych sekretach i świecie, który bezpowrotnie przeminął.
Rogaliki i cebularze – zapach dzieciństwa
Pośród najprzyjemniejszych wspomnień wczesnego dzieciństwa zapamiętałem zapach świeżego pieczywa leżącego na poduszce, na pobudkę. Ciepłe rogaliki, obwarzanki z makiem i cebularze przynosił mój tato, z zawodu piekarz, po nocnej zmianie, po czym kładł się spać.
Do dziś pamiętam smak lubelskich cebularzy, wszystkie inne „bułki z cebulą” wydają mi się żałosną podróbką cebularza. Gdy kilka lat temu na evencie w Zakopanem podali oscypki na ciepło z jakimś dodatkiem, przez 15 minut z pasją opowiadałem siedzącemu obok małżeństwu od fotobudki o cebularzach, aż zauważyłem, że są znudzeni.
Mój ojciec Zbyszek na co dzień sypał zabawnymi powiedzonkami, które miał na różne okazje. Były swojskie, proste, ale zabawne i wbijały się w pamięć. Spisywałem je sukcesywnie i zebrałem ich ponad sto. Czy w jakimś sensie to po nim odziedziczyłem poczucie humoru? Całkiem możliwe.
Ciasteczkowy kataklizm
Dziadek Aleksander z Końskowoli w woj. lubelskim, otrzymał w 1913 r. certyfikat po polsku i rosyjsku, o przyjęciu do cechu piekarzy i przez lata piekarnia była źródłem utrzymania rodziny. Po wojnie komuniści zlikwidowali piekarnię, bo od tej pory chleb miały wypiekać państwowe zakłady, a nie prywatni rzemieślnicy. Nie trzeba się więc dziwić, że mój ojciec przez całe życie zawodowe był piekarzem. Pracował w różnych piekarniach w Lublinie, prywatnych (także u Kuźmiuka) i państwowych (LZPP), bo po prostu na tym się znał. Czasem zabierał mnie ze sobą do pracy i pokazywał, jak powstaje pieczywo.
Pracując w tym zawodzie przez lata, ojciec znał wszystkich z fachu piekarniczego i ciastkarskiego w Lublinie. Kiedyś weszliśmy na kwadrans od tyłu do jakiejś cukierni w centrum miasta. Ojciec odwiedził kolegę ciastkarza, pogadali i wypili po kilka kieliszków. Gdy wróciliśmy do domu z białym, tekturowym pudełeczkiem ciastek, matka wpadła w szał, jakiego nigdy wcześniej ani później nie widziałem. Po kolei wszystkie ciastka z pudełeczka, w pół minuty wylądowały na ścianach mieszkania. Zaraz potem ja, ciasteczkowy łasuch, z żalem zbierałem ze ścian, mebli i podłogi to, co z nich zostało.
Kuchnia, ryby i dziecięce strachy
Mama ukończyła technikum gastronomiczne i zawsze pracowała w gastronomii. Głównie różne stołówki, a w wakacje jako kucharka na koloniach. Któregoś razu ojciec chciał mi zrobić niespodziankę, wziął mnie za rękę i powiedział, że idziemy odwiedzić mamę w pracy. Szybko zorientowałem się, że idziemy nie tam, gdzie zawsze. Choć uspokajał, wyrwałem się i uciekłem, wołając:
– Wiem! Ty mnie prowadzisz do nowej mamy!
Ileż było potem czułości i przytulania, gdy oboje mnie znaleźli.
Każdy ma jakieś hobby, a zamiłowaniem mojego ojca było wędkarstwo. Miał zestaw wędek, spinningi, specjalistyczny sprzęt. Wszędzie szukał wody, żeby „zamoczyć kije”. Zdarzały się udane połowy, jednak to była rzadkość. W wakacje zabierał mnie nad jakąś rzeczkę, a gdy powstał Zalew Zemborzycki, jeździliśmy tam autobusem. Jak umiałem, pomagałem mu w łowieniu, ale nigdy nie chciałem założyć żyjącej dżdżownicy na haczyk. Nie miałem jednak do tego smykałki, moi obaj bracia też.

Jedź tam, gdzie nie ma wojska
Wśród rodzinnych historii, najbardziej lubiłem słuchać opowieści z czasów, gdy tato był w wojsku. Choć dziadkowi zabrali piekarnię, tato poszedł do Ludowego Wojska Polskiego i jako szeregowy żołnierz walczył z wojskiem, które nie podporządkowało się nowej władzy.
Któregoś razu jednostka podjechała samochodami na skraj lasu. Wszyscy poszli przeczesywać las, w poszukiwaniu „bandytów”, a on, kierowca ciężarówki, otrzymał zadanie pilnowania samochodów. To wtedy do kabiny wpadł „bandyta”, przystawił pistolet do skroni ojca i krzyknął:
– Słuchaj mnie, to będziesz żył! Jedź tam, gdzie nie ma wojska!
Ruszyli, jechali coraz szybciej, w głowie buzowało. Na zakręcie, przy pełnej prędkości, wyskoczył z samochodu, a tylne koła przejechały po łydce prawej nogi. Kilka miesięcy był leczony, a z wojska wyszedł mając na łydce szramę i ubytek ciała.
Opowiadał też zabawną historię, o której jako nastolatek miałem narysować kilkustronicowy komiks – był już scenariusz i pierwsze szkice rozrysowanych plansz, jednak nigdy go nie dokończyłem. Otóż pełnił któregoś razu nocną wartę. Zasady były jasne: gdy dzieje się coś niebezpiecznego, po trzech próbach kontaktu, miał paść strzał.
W środku nocy coś zaszeleściło w krzakach i zbliżało się. Postąpił zgodnie z procedurą: – „Stój, kto idzie?!… Stój!… Stój, bo będę strzelał!”. Gdy przeładował broń, z krzaków dobiegło: – Muuuuuu!
Tajemnica grobu na Lipowej
Miałem dwóch starszych braci, więc było nas trzech. Same chłopaki. Ojciec czasami żartował, że celuje w drużynę piłki nożnej. Gdy już mama zmarła i przychodziliśmy we dwóch na grób na Lipową, stawał przy grobie, zawsze w tym samym miejscu i chwilę się modlił. Któregoś razu wyznał, że jego Celinka poroniła i właśnie w tym miejscu, na wysokości nóg pochowanych wcześniej dziadka i babci, położono w grobie ciałko. Mogło być nas czterech.
Zbigniew Sadurski, rocznik 1920, jak to się mówi: przedwojenny materiał, przeżył prawie wiek. Pokonał go koronawirus.
Lubelskie historie: (c) Szczepan Sadurski / Sadurski.com
Zobacz też:
> Moja książeczka w grobie dziadka
> Jak nie poznałem Majki Jeżowskiej i wokalisty Papa Dance, ale trafiłem do TVP
> Naczelny, minister, prezydent. Jak Kwaśniewski poznał najmłodszego rysownika


