W mieszkaniu na Bernardyńskiej (w PRL-u ul. Dąbrowskiego) spędziłem ponad ćwierć wieku – z rodzicami i braćmi, potem na krótko z żoną, po ślubie, zanim wyprowadziliśmy się do Warszawy. Jednak najbardziej pamiętam nie samo mieszkanie, lecz ludzi, którzy w nim byli. Poznaj moje dzieciństwo w Lublinie i mieszkanie w starej kamienicy
Skarb pod podłogą, który zniknął
Kamienica sprzed wieku, ściany ze słomy i desek pokryte tynkiem (tak wtedy budowano), podłogi z drewnianych klepek pięknie ułożonych we wzorki… Któregoś dnia zadzwoniły do drzwi dwie osoby – Żydzi słabo mówiący po polsku. Siedli za stołem stojącym na środku największego pokoju i co chwila zerkali w kierunku wielkiego, starego pieca z białych kafli. Fragment podłogi obok niego był z innych, byle jak ułożonych klepek drewna, co burzyło piękno przedwojennej podłogi.
Przybysze pytali moich rodziców czy od dawna tu mieszkają, czym się zajmują. W końcu wyjawili powód przyjazdu do Polski, po latach. Ich rodzice, którzy tu kiedyś mieszkali, tuż przed ucieczką przed wojną, pod podłogą zostawili skarb – najcenniejsze przedmioty należące do rodziny. Moi rodzice wprowadzili się do mieszkania kilkanaście lat po wojnie, gdy dziurę po wyjęciu skarbu zaklajstrowały deskami osoby, które tu mieszkały wcześniej.

Piec mojej młodości
Mieszkania w starych kamienicach były ogrzewane piecami. Zimowym paleniem w piecach zajmował się mój ojciec. I czasem niestety wkładał do paleniska worek ze śmieciami. Wtedy zdarzało się, że powietrze wybuchało na zewnątrz, było czuć smród i widać było kłęby dymu, a sadza osadzała się na wszystkim.
Kiedyś spalił moje piękne, drewniane klocki, którymi zawsze się bawiłem i byłem zrozpaczony. Widocznie uznał, że jestem już duży i pora zakończyć te zabawy. A może po prostu uznał, że czwartego syna nie będzie, więc klocki nie będą potrzebne.
W piecu paliliśmy węglem. Co roku przyjeżdżała furmanka (potem samochód) i blisko schodów wysypywano na chodniku wielkie bryły czarnego węgla. Trzeba go było łopatą wkładać do cynkowych wiader i znosić schodami do piwnicy. Potem przez kilka dni bolały wszystkie mięśnie.
A w zimie, krętymi schodami od tyłu głównej klatki (ta wąska klatka przed wojną była dla służby) schodziliśmy z pustymi wiadrami i ojciec napełniał je węglem. Kilka minut po tym, jak zszedł na dół, schodziłem i tachałem po jednym albo dwa wiadra, co pół piętra odpoczywając przez chwilę.
To w tej piwnicy schowałem pod deskami moje antyrządowe rysunki, gdy było niebezpieczeństwo wizyty SB-ecji. Zaniosłem je po tym, jak w stanie wojennym wybuchła afera z Szopką „Kuriera Lubelskiego”, bo opublikowano mój rysunek z Wałęsą i Jaruzelskim.

To mogła być ostatnia kąpiel
Woda była podgrzewana piecykiem gazowym podłączonym do prądu. Gdy ktoś chciał napełnić wannę, odkręcał kran, mały płomyk zamieniał się w wielki płomień i z kranu do wanny wypływała ciepła woda. Niestety nie było dobrej wentylacji i wydobywał się zdradliwy czad.
Któregoś dnia z wanny skorzystał najstarszy brat i zamknął drzwi do łazienki. Akurat przechodziłem korytarzem, gdy usłyszałem nienaturalne charczenie. Zaniepokojony otworzyłem drzwi. Klęczał pochylony na brzegu wanny, z której wypuścił już wodę. Był tak słaby, że nie mógł z niej wyjść i próbował złapać oddech. Nie tracąc głowy, szybko otworzyłem drugie drzwi do pokoju, potem trzecie, na balkon, wpuszczając świeże powietrze. I pobiegłem do pokoju, w którym kilka osób z rodziny siedziało przy herbacie. Zajęli się resztą ratowania i zadzwonili po karetkę.
Nigdy potem nie rozmawiałem o tym z bratem. Dla niego może to było jedno z wielu wydarzeń życia i szybko o nim zapomniał, ale ja wiem jedno: gdybym wtedy siedział ze wszystkimi przy herbacie, mojego brata już dawno by nie było.

Balkon na Bernardyńskiej
Odkąd przyszedłem na świat, przez pierwsze lata byłem tu często fotografowany. Nie w środku, w którymś z pokoi, ale na balkonie z metalowymi balustradami. Może po prostu było tu lepsze oświetlenie, a PRL-owskie Smienki i Zuchy lepiej radziły sobie z uwiecznianiem ludzi na kliszach. To dlatego zachowałem dużo wspomnień związanych właśnie z tym balkonem i mają one czarno-białe barwy. Na zdjęciach są pierwsze próby stawiania kroków, gdy przytrzymywała mnie mama, zdjęcia z babcią, z rodziną, a najczęściej stoję w rogu balkonu i patrzę w obiektyw. W tym prawym rogu, z którego w oddali widać wieżę kościoła bernardynów, od którego ulica ma swą nazwę.
Choć w wakacje chodziłem z rodzicami na Plac Litewski pojeździć na wrotkach wokół fontanny, jeździłem z ojcem na ryby nad stworzony w PRL-u Zalew Zemborzycki, to kilkumetrowej powierzchni betonowy balkon był zawsze dostępnym miejscem ze słońcem i świeżym powietrzem. No, niekoniecznie świeżym, bo w obie strony Bernardyńskiej na dole przejeżdżały co chwilę samochody osobowe i trochę rzadziej autobusy.
Jedną z moich zabaw, gdy już umiałem liczyć, było liczenie przejeżdżających samochodów. Ile z prawej, od Pl. Wolności, ile z prawej od Buczka (wcześniej i później Zamojskiej). Brałem wtedy kartkę i długopis i miałem zabawę na pół godziny.
Plastelinowy świat zapomniany na zawsze
Pewnego razu wpadłem na pomysł sfotografowania na balkonie moich dzieł z plasteliny – zamku i ulepionych ludków – rycerzy, aby uwiecznić ten widok na pamiątkę. Do dziś mam zdjęcie taboretu, na którym coś jest. Zupełnie niepodobna do niczego szarość. Setki, tysiące ludków z brudnej masy, wielkości ok. 3 centymetrów, pozostały tylko w mojej pamięci.
Do tych ludków sklejałem też z kartoników trójwymiarowe, zaprojektowane przeze mnie czołgi. Sklejałem wtedy papierowe modele np. samolotów z „Małego Modelarza”, więc miałem wyobraźnię przestrzenną. Zestaw takich czołgów wziąłem raz na balkon z kilkoma pudełkami zapałek i zrobiłem prawdziwą wojnę. Z domu po drugiej strony ulicy zaczęła krzyczeć jakaś kobieta, popatrzyłem na nią, pogroziła palcem. To zakończyło wojnę.

Boże Ciało na Bernardyńskiej
Raz w roku przez Bernardyńską szła procesja Bożego Ciała. Morze ludzi, głowa przy głowie, więcej niż przy pochodach 1 Maja po Krakowskim Przedmieściu. Staliśmy wtedy na balkonie i obserwowaliśmy widowisko, a gdy zbliżył się ksiądz z monstrancją pod baldachimem, klękaliśmy na minutę.
Jedno z wydarzeń ze stanu wojennego zapamiętałem szczególnie. 1 lub 3 maja, były zaplanowane demonstracje na Placu Litewskim. Siedzieliśmy, gdy na dole usłyszałem tupot biegnących osób. Otworzyłem okno, poczułem zapach gryzącego dymu. W stojącym 2 metry dalej telewizorze trwał Dziennik TV, a prezenter mówił: – W całym kraju panuje spokój.
Nie musiałem nic wymyślać. Powstał taki właśnie rysunek, który dziś można oglądać w Europejskim Centrum Solidarności w Gdańsku.
Stół z ceratą
Przez lata w moim pokoju stał prostokątny, wiekowy stół, którego blat był owinięty grubą ceratą, solidnie przyczepioną od spodu pineskami. To tutaj powstało setki moich rysunków i komiksowych plansz, malowałem farbami, odrabiałem lekcje, tworzyłem plastelinowy świat i układałem swoją dziecięcą gazetkę humorystyczną „Złodziej”. Na dłuższym brzegu stołu, stała oparta o ścianę czterokondygnacyjna półka. Tu układałem moje zeszyty i książki, przybory do pisania i rysowania i inne.
Przy tym stole fotografowało mnie kilku zawodowych reporterów, gdy już rysowałem w prasie i były potrzebne zdjęcia do wywiadów. Raz specjalnie z Warszawy przyjechał fotoreporter i potem jedno z tych zdjęć trafiło na okładkę.

Goście
Miałem dużą drewnianą skrzynkę z setkami plastikowych żołnierzyków, którymi uwielbiałem się bawić. Któregoś razu bawiłem się z trzema kolegami. Gdy wychodzili, moja mama zauważyła, że mają wypchane mankiety koszul. Z każdego z nich musieli wyciągać po kilka skradzionych zdobyczy. Od tego czasu żołnierzykami bawiłem się bez kolegów.
Mieszkanie odwiedzali różni goście. Był dyrektor Muzeum Karykatury Ferdynand Ruszczyc, gdy w lubelskim sądzie zeznawał po tym jak znikła część moich rysunków przeznaczonych na wystawę. Był Lechosław Lameński, gdy pisał o mnie esej do „Akcentu”, paru dziennikarzy, raz Kazimierz Pawełek osobiście przyniósł tekst szopki do zilustrowania. Przychodzili też współpracownicy „Dobrego Humoru”, gdy już go wydawałem oraz szef hurtowni z Łodzi, aby odebrać paczki z moimi książkami.
Kredens w korytarzu
A co było jeszcze wcześniej? O dziadku Bogusławie, tym który koniecznie chciał abym miał na imię Szczepan, piszę przy innej okazji. To w tym mieszkaniu słyszałem bieganinę, gdy umarł, choć nie miałem świadomości, co się dzieje.
O ile dziadka kolejarza wspominam głównie przy okazji mojego imienia, to z babcią Janiną kojarzy mi się jedna, jedyna historia. Mieliśmy długi korytarz, wzdłuż którego stały stare kredensy, w których była zastawa stołowa, garnki, itp. Któregoś razu babcia wzięła kilkuletniego Szczepcia za rękę i podeszliśmy do kredensu. Poczęstowała mazurkami, jakie upiekła na Wielkanoc. To były pyszności, jakich nigdy potem w życiu nie jadłem. Słodki smak dzieciństwa kojarzy mi się z tą właśnie chwilą.

Co pozostało
Jeszcze przez dwie dekady po mojej wyprowadzce, na Bernardyńskiej było wiele moich skarbów. Plastikowe żołnierzyki, wagoniki kolejki z NRD, trochę plastikowych klocków, kolekcja zagranicznych monet, komiksy, książki z dowcipami. Także moje rysunki z liceum plastycznego, gdy uczyłem się rysować realistycznie oraz paczki z moimi książeczkami, gdy już je wydawałem. W Warszawie nie było mi to już potrzebne, ale czułem się wewnętrznie spokojny, bo młodość, która bezpowrotnie przeminęła, wciąż jeszcze gdzieś istniała.
Przyjeżdżałem na Bernardyńską do rodziców, początkowo na dwie noce w miesiącu, potem coraz rzadziej i przeglądałem wieczorami „Kurier Lubelski”, który po przeczytaniu odkładali dla mnie, słuchając muzyki na taśmach magnetofonu szpulowego ZK 147, który kupiłem w 1980 roku. „Kurier” miał jeszcze duży format i był czarno-niebieski, ale nie było już nim moich rysunków.
Gdy umarła mama, ojciec wspominając ją przy stole, omal się nie zadławił. Na stypie zapanowała konsternacja, a ja klepałem go energicznie po plecach, aż złapał oddech. Przeżył ją kilkanaście lat. Chodziliśmy razem na cmentarz. Umarł w pandemii, po jakimś czasie opróżniliśmy mieszkanie. Wspomnienia pozostały.
Dzieciństwo w Lublinie: (c) Szczepan Sadurski / Lublin . Sadurski.com
Zobacz też:
> Karykatury stanu wojennego i tajemnica piwnicy
> 1990. „Wschodząca gwiazda karykatury”


