Praca karykaturzysty eventowego w okresie pandemii i na krótko przed tzw. obostrzeniami, była jak ekstremalna walka o własne życie. Była jak skok bungee bez pewności, że wszystko się powiedzie. Blisko setka osób tańcząca na weselnej sali siadała potem twarzą w twarz, a ja, często spocony pod maseczką, rysowałem. Przeczytaj unikalne wspomnienia z czasów, gdy jadąc na zlecenie czułem strach, że być może będzie to ostatnia impreza i ostatnie narysowane karykatury w życiu.
Paraliż branży i śmierć w cieniu SARS-CoV-2
Dziś, kilka lat po tym, jak świat rzucał na kolana śmiertelny wirus SARS-CoV-2, takie wspomnienia mogą budzić politowanie. Ale wtedy nie było nam do śmiechu. Część rodziny kończyła w grobie (w pandemii zmarł mój tato), wymyślano cudowne maseczki o różnych kształtach, padały biznesy pielęgnowane przez lata, próbowaliśmy protestować przeciwko zaostrzeniom prawa i rodziły się teorie spiskowe.
Choć podobno zbliżał się koniec świata, próbowaliśmy funkcjonować – żyć i zarabiać. A jak radziła sobie branża eventowa i weselna? Firmowe eventy, konferencje i targi znikły w 100 procentach. Zaplanowany cykl kilkunastu wyjazdów po Polsce dla producenta materiałów artystycznych, odwołano, podobnie jak inne eventy. Zostały pojedyncze zlecenia weselne.
Twarzą w twarz z wirusem. Ryzyko wpisane w każdą kreskę
Ten dosyć daleki wyjazd samochodem, chyba w kujawsko-pomorskie, dobrze pamiętam. Co kwadrans radio podawało wieści z frontu walki z wirusem. Co kwadrans zwiększały się podawane liczby zakażonych, a ja zmierzałem w stronę epicentrum. I miałem świadomość, że na końcu trasy będę musiał wyjść z auta, założyć maseczkę i rysować twarze nieznajomych.
W recepcji niedużego hotelu – restauracji, stałem z zaparowanymi okularami osadzonymi nad maseczką i podejrzliwie pytano kim jestem. Powiedziałem, że specjalnym gościem wesela, którego prawie nikt się nie spodziewa. Przestraszono się, widząc we mnie inspektora, który w obiekcie będzie sprawdzał, czy wszystko odbywa się zgodnie z prawem.
Musiałem tachać mój sprzęt od tylnego wejścia, bo główne oficjalnie było zamknięte. Goście jak zwykle siadali przede mną, ale trudniej niż zazwyczaj było ich zachęcić do pozowania z uśmiechem. A ja rysowałem w maseczce siedząc naprzeciwko nich, w zaparowanych okularach, które co kwadrans musiałem przecierać.
Podziemne wesele i walka o każdy oddech
Jedną imprezę żona skutecznie wybiła mi z głowy. To już było wtedy, gdy nie można było robić imprez nawet na 20 osób. Wesele jednak się odbyło, a zlecenie oddałem koledze. Było na odludziu, pod lasem. Kilkadziesiąt osób, bez maseczek, bo to „sami swoi”. Na szczęście żaden kontroler nie dotarł i chyba nikt nie przywlókł z sobą wirusa. Chyba.
Pandemia Covid-19 to czasy, gdy ludzka kreatywność z nią walczyła. Kupiłem roll-up, który zamiast rozwijanej planszy z reklamą, miał gruby, przezroczysty plastik. Powstała podobno skuteczna bariera, za którą obie strony (rysujący i rysowany) czuli się mniej zestresowani. Niestety plastik się wyginał, powstawały rysy i z wynalazku skorzystałem tylko dwa razy. Chyba do dziś mam to gdzieś w garażu i mam nadzieję, już się nie przyda.
Litania paragrafów kontra karykaturzysta
Wiele imprez i wesel jednak definitywnie odwoływano. Od jednej z pań młodych, która załatwiała usługę rysowania karykatur miesiące wcześniej, otrzymałem maila z artylerią paragrafów. Miałem oddać 100% zaliczki. Bo wymyśliła sobie, że tylko ona ma stracić przez koronawirusa. Gdy oddałem zaliczkę w całości bez protestów, znów napisała. Bezczelnie poprosiła mnie o polecenie kogoś równie szybkiego, kto… przyjedzie na jej wesele rysować karykatury.
Równie szybkiego? Powiedziałem, że jest ktoś taki w Ameryce Południowej, ale po doliczeniu lotu samolotem (o ile się odbędzie) zapłaci wielokrotnie więcej niż mnie. O dziwo, osobie która niczym bezwzględny prawnik zażądała zwrotu kilkaset złotych, ta informacja nie przeraziła. Napisałem, że mogę polecić zmiennika z dalekiego kraju, jeśli zwróci oddaną już zaliczkę. Już nigdy się nie odezwała.
Pamiętam jeszcze jedno wesele. Wszyscy już wiedzieli jak to jest z tym koronawirusem i starali się zachować dystans. Ale jak zwrócić (kilka razy pod rząd) uwagę dziecku, które nie rozumie, że jest pandemia? Które z ciekawością zagląda karykaturzyście przez ramię, przysuwając blisko twarz, chuchając w policzek i przytrzymując się mojego ramienia?
Karykaturzysto, radź sobie sam
Czy się bałem? Jak każdy. Ale nie mogłem zawieść klientów. Mimo tego co się działo, mimo faktu, że połowa gości wesela ze zrozumiałych względów rezygnowała z udziału, para młoda chciała mieć wesele takie, jakie sobie wymarzyła. I wśród tych marzeń było zaproszenie karykaturzysty.
Przez pół roku moje dochody spadły o 95 procent i żyłem z oszczędności. Państwo polskie wsparło wiele firm i biznesów, często niemałym sumami, ale o karykaturzystach zapomniało, bo nie było ich w PKD (Polska Klasyfikacja Działalności). Wsparciem był fakt, że przez kilka miesięcy nie trzeba było płacić ZUS-u. Mimo opuszczenia przez państwo, po pandemii wróciłem do rysowania karykatur na eventach. To było silniejsze od wszystkiego.
Praca w pandemii: (c) Karykatury . Sadurski.com
Zobacz też:
> Jak nie zostałem rysownikiem Wyborczej i wywiad dla Głosu Ameryki
> Jak rysunek Sadurskiego sprowokował VIP-ów PRL-u


