Pamiętam czasy, gdy do redakcji nie wysyłało się e-maili, plików ani wiadomości na komunikatorze, bo nie było jeszcze Internetu ani telefonów komórkowych. Autor wysyłał pocztą maszynopis lub oryginalne rysunki albo brał je pod pachę i jechał do redakcji, licząc na spotkanie z kimś, kto zdecyduje o ich publikacji. Dziś kontakt z redakcją jest znacznie szybszy, ale czy rzeczywiście łatwiejszy, bardziej osobisty, a przede wszystko skuteczniejszy i skończy się publikacją?
Rysunki w kopercie i odpowiedź na maszynie do pisania
Jako rysownik, który w latach 80. osobiście odwiedził wiele redakcji ogólnopolskiej prasy w Warszawie i wszystkie redakcje w Lublinie, miałem okazję poznać ich funkcjonowanie. Nie od wewnątrz jako pracownik czy redaktor, lecz jako współpracownik, którego rysunki drukowano. W ilościach takich, że żartowano, iż rysunki z podpisem SADURSKI wkrótce każdemu będą wyskakiwać z lodówki.
Kilka razy wysłałem pocztą zestaw rysunków do łódzkiej „Karuzeli”. Zawsze, tydzień lub dwa później dostawałem krótki liścik, napisany na maszynie do pisania, z wydrukowanym na papierze logo i danymi redakcji. Prawie zawsze była to formułka: „Niestety kolegium redakcyjne nie zakwalifikowało rysunków do druku”. Do liściku dołączone były rysunki. Dzięki temu szybko wiedziałem, że mogę je zaproponować innym redakcjom i co ważne – oryginały do mnie wróciły, więc nie poniosłem straty.
Zanim zostałem rysownikiem „Radaru” i otrzymałem tam stałą rubrykę z rysunkiem w kolejnych numerach, wysłałem tam na konkurs około 20 oryginalnych plansz komiksowych, w sumie kilka historii. Nigdy do mnie nie wróciły, a ponieważ nie było wtedy jeszcze punktów ksero, ślad po ułamku mojej twórczości zaginął.
Bywałem potem w „Radarze”. Były tam wielkie regały, setki wielkich, grubych kopert z rysunkami, których być może nikt nie obejrzał i wreszcie (jestem tego pewien) trafiały na makulaturę. Przez kilka lat łudziłem się, że moje komiksy zostaną odesłane.

Gdy nazwisko zaczynało otwierać drzwi
Kiedyś autorzy mieli dwie możliwości dostarczenia do redakcji materiałów do druku. Mogli wysłać rysunki lub maszynopisy swych tekstów pocztą i liczyć, że ktoś je przejrzy lub przeczyta. Mogli też przyjść osobiście.
Ten drugi sposób był skuteczniejszy, ale wymagał zaangażowania. Oprócz znalezienia adresu redakcji, należało odwiedzić ją osobiście (dla mnie był to cały dzień i droga pociągiem na trasie Lublin – Warszawa – Lublin). Na miejscu należało trafić do odpowiedniej osoby w redakcji i mieć nadzieję, że będzie. A potem (najczęściej z sekretarzem redakcji) porozmawiać – grzecznie zagaić, powiedzieć coś o sobie, pokazać rysunki i zobaczyć reakcję na ich widok.
Taki sposób był skuteczniejszy – w redakcji widziano nie tylko rysunki, ale też autora – kim jest, jak wygląda, ile ma lat, czy jest inteligentny (umie się wysłowić) i dowcipny. Powstawał obraz, który zapamiętano, a nie tylko: dziesięć kopert dziennie z rysunkami, które można zapamiętać albo nie.

Kiedy e-mail zastąpił wizytę w redakcji
Jak jest dziś? Po co tracić czas na przejazdy, spotkanie osobiste i rozmowę, skoro w minutę możesz wysłać e-maila z plikami rysunków. Anonimowo wysyłasz prace i liczysz, że ktoś nie kliknie, ekspediując na zawsze Twoją twórczość do wirtualnego kosza. Bo pomyśli, że pewnie i tak te same prace wysyłasz do 20 innych redakcji.
Poza tym adresy e-mail oraz numery telefonów często są publicznie niedostępne. Musisz wysłać informację, która wpadnie do ogólnej redakcyjnej skrzynki z tysiącami spraw z nadzieją, że jakimś cudem trafi do osoby na której ci zależy.
Wizyta w „Super Expressie”
Po jakimś czasie mogłem pozwolić sobie na luksus wysyłania rysunków pocztą. Moja kreska i podpis SADURSKI znano prawdopodobnie w każdej polskiej redakcji, więc list z rysunkami dosyć często nie znikał w koszu, jak rysunki wielu innych, początkujących autorów.
Gwałtowne zmiany na rynku sprawiały, że pod koniec lat 80. do redakcji trafiały osoby często młode i zupełnie zielone. Takie, które kilka lat wcześniej nie miały w rękach prasy i jej nie czytały. Nie znały choćby niedużej części nazwisk dziennikarzy, fotoreporterów i rysowników.
To wtedy, gdy zaniosłem pakiet moich rysunków do redakcji „Super Expressu” młody redaktor graficzny powiedział: „Świetne rysunki! Czy już pan kiedyś gdzieś coś publikował?”

Kiedy redakcja przestała odpowiadać
Coraz szybsze zmiany sprawiały, że zaczęto oszczędzać czas pracowników na wysokich stanowiskach, którzy dużo zarabiali. Menedżerów korporacji, redaktorów naczelnych.
Wybrałem się do międzynarodowej korporacji na rozmowę z konkretną osobą, w sprawie współpracy która jak mi się wydawało, obu stronom może przynieść korzyść. Bardzo zapracowana pani dyrektor, choć wiedziała że czekam, przez ponad godzinę nie miała czasu aby wyjść i choćby poprzez sekretarkę przeprosić i zaprosić na inny termin. Oczywiście mogłem wysłać pocztą ładne pismo (pocztę e-mail mieli nieliczni, poza tym trzeba było znać adres) i wyłuszczyć temat, ale i tak nie miałaby czasu przeczytać – skoro nie było czasu na rozmowę.
Wtedy zaczęło się odgradzanie ludzi ważniejszych od tych mniej ważnych. Tylko ci pierwsi mieli dużo pracy i mało czasu na cokolwiek.

Redakcja, która nie odpowiada
Już kilkanaście lat temu jeden z rysowników skarżył mi się, że do redakcji wysyła e-mailem rysunki. 90% nawet nie raczy odpisać, reszta cokolwiek odpisuje – że nie są zainteresowani współpracą.
Dziś media się zmieniły. Jeśli pierwszy odzywasz się w jakiejś sprawie – znaczy masz do redakcji interes. Zapłać za reklamę, artykuł promocyjny, wtedy go opublikujemy.
Kiedyś do redakcji przychodził człowiek z propozycją współpracy. Rozumiano, że jego czas, talent, doświadczenie, nazwisko – to wszystko może dobrze pracować na markę redakcji. Będą mogli opublikować ciekawy materiał, jak nie teraz, to w przyszłości.
Nie tylko rysownicy czekają dziś na odpowiedź
Niedawno jako szef portalu internetowego dostałem propozycję patronatu medialnego pewnego projektu. Nie było czasu, aby przeczytać o szczegółach, wreszcie kilka dni później do tego siadłem. Nie wszystko zrozumiałem, a przecież przed podjęciem decyzji należy zrozumieć i uzgodnić. Zadałem e-mailem kilka pytań i cisza. Bo dziś nikt nie ma czasu – ani na ogóły, ani na szczegóły.
A poza tym Google nie lubi, gdy na dwudziestu stronach patronów medialnych pojawia się dokładnie ten sam tekst – komunikat prasowy. Trzeba go napisać inaczej, bez powielania treści. Można skorzystać z AI, ale nie ma pewności, że Google też się to nie spodoba.
Taaak, kiedyś było inaczej. Czy lepiej, nie wiem.
Praca w redakcji: (c) Media . Sadurski.com
Zobacz też:
> Sadurski polskim dzieciom w Ameryce
> Mój rysunek trafił na biurko Jaruzelskiego. Musiałem ukryć wszystko przed SB
> Farciarz ze mnie. Poznałem Eryka Lipińskiego


