Miałem 15 lat i teczkę pełną rysunków. Gdy pierwszy raz przekroczyłem próg redakcji „Kuriera Lubelskiego”, nie przypuszczałem, że spotkanie z Alojzym Leszkiem Gzellą zadecyduje o początku mojej wieloletniej współpracy z gazetą. Po latach okazało się, że nasze drogi przecięły się jeszcze kilka razy.
Pierwsza wizyta w „Kurierze Lubelskim”
Pierwszy raz próg redakcji „Kuriera Lubelskiego” (ul. 3 Maja 14) przekroczyłem w 1980 r. Nie wiedziałem, że przez kolejne lata będę w tym miejscu setki razy, jako rysownik dostarczający rysunki do druku.
Aby dotrzeć do gabinetu sekretarza redakcji (był na końcu korytarza, z lewej), należało przejść kilka kilkanaście metrów. Tę drogę mógłbym dziś pokonać z zamkniętymi oczami, niestety redakcji już tu nie ma.
Alojzy Leszek Gzella dostrzegł mój talent
Jako 15-latek z podstawówki, z teczką rysunków pod pachą, trafiłem do siedzącego za biurkiem Alojzego Leszka Gzelli (1932-2024). Od tej pory wiedziałem, że sekretarz redakcji (tej i wszystkich innych) to osoba najważniejsza, często decydująca o tym, czy rysunki trafią do druku.
Gzella (być może z lekkim rozbawieniem, bo raczej nie zdarzało się, że ktoś taki młody go odwiedzał) przejrzał uważnie moje prace. Widocznie mu się spodobały, bo od razu zaproponował kontakt z redakcją „Na Tropie”. Była to cotygodniowa rubryka harcerska w „Kurierze Lubelskim”.
Wkrótce „Na Tropie” wydrukowało kilka moich komiksowych plansz, oczywiście w odpowiednim zmniejszeniu. Byłem z siebie dumny. Kupowałem w kiosku po kilka numerów, na pamiątkę.

Stan wojenny zmienił wszystko
Moja kolejna wizyta w sekretariacie redakcji miała miejsce już w 1982 roku, a w miejscu Gzelli siedział Cezary Mikulski. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że Gzella w chwili ogłoszenia stanu wojennego stracił pracę. Po prostu go nie było.
Czarek Mikulski (kilka lat później przeszliśmy na TY) ilekroć przynosiłem nowe rysunki, z ochotą zabierał się do ich oglądania. Przed nim na biurku było miejsce na trzy kupki: drukujemy, nie drukujemy i „Dobre, ale cenzura nie puści”. Tylko pierwsza kupka rysunków zostawała w redakcji i każdy z rysunków czekał na druk w odpowiednim momencie.

Żona redaktora ostrzegła mnie przed kłopotami
Okazało się, że Lublin nie był taki duży. Moją nauczycielką francuskiego w liceum przy Plażowej (dawniej: Manifestu Lipcowego) była żona Alojzego Leszka Gzelli, Halina. Lubiłem francuski, szkoda że potem nie było prawie okazji, aby skorzystać z tej wiedzy.
Gdy wybuchł wielki skandal z moim rysunkiem – winietą Szopki Noworocznej, którą narysowałem dla „Kuriera” (przełom 1982/1983), pani Halina wzięła mnie na bok i dała kilka porad. Ostrzegła też, że mogą mnie czekać wielkie nieprzyjemności, może nawet dostanę „wilczy bilet”. Podziękowałem i wziąłem jej rady do serca, na szczęście bezpieka dała sobie spokój.

Setki rysunków dla „Kuriera”
Przez kolejne lata (głownie w latach 80.) lubelska prasa wydrukowała setki moich rysunków, a ich największa część trafiła do „Kuriera Lubelskiego”.
Polityczne zmiany sprawiły, że redaktor Gzella został szefem Dziennika Lubelskiego (jego poprzednikiem był „Sztandar Ludu”, dziennik PZPR) i chyba miał uwierzytelnić zmienioną gazetę. Wspomniał o tym Kazimierz Pawełek w Szopce noworocznej „Kuriera Lubelskiego” (wydanie specjalne, grudzień 1990), co zilustrowałem rysunkiem.
AL. LESZEK GZELLA
red. naczelny „Dziennika”
Pół roku temu, panowie, panie,
szefem zostałem w znanym organie,
który to organ, zgodnie z władz wolą,
mam przemalować na inny kolor,
albowiem z mody, to fakt sprawdzony,
wyszedł zupełnie kolor czerwony.
I teraz muszę z pomocą nieba,
znaleźć mu kolor, taki jak trzeba.
I tutaj problem rodzi się żywy:
jaki jest dzisiaj kolor właściwy?
Mnie jest do twarzy najlepiej w czerni,
ale czy wszyscy będą jej wierni?
(…) Weryfikacja – to brzydkie słowo,
nie odgrzebujmy już jej na nowo,
a w zamian za to, panie, panowie,
zrobię w redakcji powszechną spowiedź.
Kto pożegluje nowym strumieniem,
ten z miejsca będzie miał rozgrzeszenie…

Niespodziewany list od redaktora naczelnego
21 czerwca 1993 Alojzy Leszek Gzella, wtedy red. naczelny „Dziennika Lubelskiego”, totalnie mnie zaskoczył. Otrzymałem od niego list napisany na maszynie do pisania, na papierze firmowym. Był nie tylko zaskakujący, ale też niesłychanie ciepły i totalnie nieoficjalny. Na kopercie wpisał swój prywatny adres.
„Pierwszy dzień lata / 21 czerwca 1993
Szanowny Panie Redaktorze,
Wzywam Pana do dobrowolnego uzupełnienia moich prasowych zbiorów. Dotąd nie udało mi się zdobyć dwóch numerów Pańskiego „Dobrego Humoru”. Oto ich numery:
nr 2 – 1991 (ewentualnie proszę zrobić odbitkę xero),
nr 10(14) – 1992.
Z góry dziękuję i proszę (nie wprawiać mnie w zły humor) przyjąć wyrazy uznania dla Pańskiej Pracy
Al. Leszek Gzella”
Oczywiście nie mogłem odmówić. Z pewnością także on pamiętał moją pierwszą wizytę w „Kurierze Lubelskim” dwanaście lat wcześniej, a potem śledził moje publikacje, rozwój kariery i czytał wywiady ze mną.

Jak trafiłem do Leksykonu Gzelli
Wtedy nie widziałem, że pasjami gromadził wszelkie informacje o dziennikarzach Lublina i regionu. 18 lat później, w 2010 r. wynik jego dziennikarskiej pracy ukazał się jako „Leksykon dziennikarzy i redaktorów Lubelszczyzny” (ukazał się w 2015 r.). Zawierał ponad tysiąc biogramów ludzi lubelskich mediów, działających w latach 1944-2014.
O tym, że być może tam się znalazłem, pomyślałem w 2026 r. czyli 16 lat później, gdy Gzella od dwóch lat już nie żył. Impulsem był wspomniany wyżej list, który znalazłem w moim archiwum.
Spytałem kolegę z lat lubelskich, dziennikarza Jacka Galanta o tę książkę. Podejrzenia okazały się trafne – miał ją i przesłał mi skan fragmentu tej książki, który widzisz obok. Jest notka o mnie – pięć zdań, są 3 błędy (usprawiedliwiam!). Jej fragment:
SZCZEPAN SADURSKI
grafik, redaktor
(…) Od 1991 r. wydawca i szef Superpressu, redaktor naczelny miesięcznika pt. „Dobry Humor”. Autor rysunków, grafik i karykatur, które ukazywały się w prasie lubelskiej i centralnej. Kolekcjoner dowcipów i anegdot. (…).

Wyznanie po latach
Pewnie Gzella byłby zdziwiony czytając niniejszy artykuł. To on pasjami zbierał informacje o lubelskich dziennikarzach, tymczasem sam stał się bohaterem tekstu, uwiecznionym przez jednego z nich.
Niestety Alojzy Leszek Gzella dołączył do listy tych, z którymi warto byłoby porozmawiać i utrzymywać kontakt, jednak ogrom codziennej pracy oraz „ucieczka” z Lublina nie dały mi takiej możliwości.
Alojzy Leszek Gzella: (c) Szczepan Sadurski / Media . Sadurski.com
Zobacz też:
> Nie poleciałem do Chicago. Zamiast tego stworzyłem „Dobry Humor”
> Jak rysunek Sadurskiego sprowokował VIP-ów PRL-u


