W latach 80. publikacja rysunku w tygodniku „Polityka” była dla rysownika satyrycznego czymś wyjątkowym. Na pierwszej stronie królowały komentarze Szymona Kobylińskiego, a sam tygodnik należał do najbardziej opiniotwórczych tytułów PRL-u. Ta historia to nie tylko wspomnienie współpracy z „Polityką”, ale także opowieść o kulisach rynku prasowego PRL, redakcyjnych zwyczajach oraz awanturze w redakcji „Szpilek”, której do dziś nie zapomniałem.
Szymon Kobyliński i najbardziej prestiżowe miejsce w polskiej prasie
Szymon Kobyliński – wspaniały rysownik i ilustrator czasów PRL-u, dla jednych przeszedł do historii jako twórca komiksu o czterech pancernych i komiksów drukowanych w pierwszych „Relaxach”, dla innych jako twórca niezliczonej liczby ilustracji książkowych i telewizyjny rysownik-gawędziarz. Dla jeszcze innych jako współpracownik „Polityki”. Przez wiele lat jego aktualny rysunek – komentarz polityczny drukowano w „Polityce” i to nie byle gdzie, bo na samej górze pierwszej strony, obok tytułowej winiety.
Mówiono, że od jego rysunku wszyscy rozpoczynali lekturę kolejnych numerów, a wypracowany styl współpracy (stała rubryka – okienko dla rysownika satyrycznego), dla polskich redakcji był niczym wzór metra w Sevres pod Paryżem. Może nie było pierwsze, ale na pewno najsłynniejsze miejsce rysownika w polskiej prasie. Wiele redakcji chciało mieć takiego komentatora i w dużej liczbie gazet ogólnopolskich i regionalnych takie rubryki powstawały.
Później takie najwidoczniejsze miejsca w prasie były przeznaczone na potrzeby reklam i generowały przychody. Ważniejsze od zadowolenia czytelników były finanse.
Dlaczego „Polityka” była marzeniem każdego rysownika
„Polityka” miała prawdopodobnie największą powierzchnię gazetowej strony w Polsce. Trudno było ją czytać rozłożoną, trzymając za brzegi obu kartek, bo mogły rozboleć ręce. Była najbardziej opiniotwórczym tytułem w kraju, do tego jak widać – także największym.
Drukowała rysunki wewnątrz długich tekstów – kobył. Bo ściany tekstu, nawet najciekawszego i napisanego przez wspaniałego publicystę, mające szalenie ciekawą treść – były niestrawne dla czytelników.
Różni autorzy wysyłali swe grafiki (głównie o charakterze satyrycznym), licząc na publikację. Dostać się do „Polityki” jako rysownik – ilustrator, było marzeniem wielu. To był inny kaliber prasy niż „Tygodnik Kulturalny”, „Radar” czy „Szpilki” (te tytuły w tym czasie publikowały dużo moich rysunków) i było o co się bić.

Debiut w „Polityce”. Styczeń 1985
Zadebiutowałem w „Polityce” na 11 stronie, nr 3 z 19 stycznia 1985. Rysunek z facetem idącym w kółko, trzymającym transparent z napisem: Naprzód! ukazał się jako ilustracja tekstu St. Przepowskiego „Krótki kurs pozorowania”.
Kolejny rysunek ukazał się w numerze 6 (9 lutego 1985) i przedstawiał dwóch warczących na siebie, ludzi między którymi była kość w misce. Trzeci (robotnik czyta Instrukcję obsługi przyczepioną do steru) zilustrował artykuł Z.Szeligi „Zagadkowe różnice” (nr 21, 25 maja 1985, str. 6).
Można powiedzieć, łamy najsłynniejszego ówczesnego tygodnika, stanęły przede mną otworem. Był jednak problem – drukowałem w różnych tytułach i zdecydowanie nie wypadało, aby rysunki się dublowały. Wysłanie pakietu 10 dobrych rysunków, automatycznie blokowało je u konkurencji, co najmniej na miesiące. A „Polityka” była wybredna, w dodatku nie informowała autorów które rysunki opublikuje na pewno. Taki był wtedy sposób działania wielu redakcji: mieć jak najwięcej rysunków, które być może przydadzą się w druku.

„Szpilki” – przepustka do wielkiej prasy
Rynek prasowy PRL-u był systemem naczyń połączonych. Redakcje wzajemnie sprawdzały, co publikują inni. „Szpilki”, w których moje rysunki były bardzo częstym gościem, na 100% były przeglądane przez prasowych decydentów w ogólnopolskich redakcjach. Częste pojawianie się w „Szpilkach” było wskazówką dla innych redakcji: Ten autor jest dobry i warto go drukować.
To, że byłem obecny w „Szpilkach” otwierało wtedy drzwi do najlepszych gazet i czasopism polskich. Ale „Polityka” prowadziła swoją… politykę redakcyjną. Dla mnie było jasne, nie stanę się konkurencją dla Kobylińskiego, ale jako autor mam szanse w miarę częstego druku wewnątrz numeru.

Krzyki w redakcji „Szpilek”. Mój błąd młodości
Wkrótce miało miejsce coś, co oceniam jako mój zawodowy błąd młodości. Tym razem postanowiłem nie wysyłać moich rysunków pocztą, lecz osobiście zanieść je do redakcji „Polityki”, mieszczącej się wtedy na Placu Starynkiewicza.
Podczas kolejnej, comiesięcznej wizyty w Warszawie, nie wystarczyło jednak czasu, a zestaw był gotowy. Miałem do wyboru: wrócić z nimi i z Lublina wysłać pocztą, poczekać miesiąc i zanieść osobiście. Był jeszcze trzeci sposób: pomoc jednego z autorów „Szpilek”, który często „Politykę” odwiedza.
Edward Kuczyński (zastępca naczelnego), Witold Filler (naczelny), Andrzej Barecki (red. graficzny) – z tymi kontakty miałem najczęstsze. Nie tylko oni, chyba wszyscy wiedzieli kim jestem i jak rysuję. Czułem się lubiany i wydawało mi się, że mogę liczyć na bezinteresowną pomoc. Przeliczyłem się.
Będąc w „Szpilkach”, zapytałem Ryszarda Marka Grońskiego (1939-2019, autora „Szpilek” i równocześnie felietonistę „Polityki”) czy mógłby zanieść moje rysunki do „Polityki”. Zamiast po prostu odmówić, zaczął krzyczeć. Poszła wiązka na całą redakcję i zrobiło mi się głupio. A ja nie myślałem o protekcji, po prostu o koleżeńskiej przysłudze.
Czy to zamknęło mi drogę dla dalszych publikacji w najpotężniejszym tygodniku PRL-u? Wkrótce wydrukowano jeszcze mój rysunek o brzydkim kaczątku w kontekście AIDS i tak zakończyła się moja ciekawie zaczęta współpraca. Do redakcji „Polityki” osobiście nigdy nie zajrzałem i nowe rysunki kierowałem do innych tytułów. A krzyki Grońskiego pamiętam do dziś.

Nieoczekiwany powrót do „Polityki”
Do współpracy wróciłem nieoczekiwanie na przełomie 2006/2007 i nie była to publikacja rysunków na łamach, lecz współpraca jako karykaturzysta, gdy zbliżało się 50-lecie „Polityki”. Zrobiłem wtedy kilka dedykowanych karykatur które były wręczane na scenie znanym dziennikarzom (m.in. Jackowi Żakowskiemu, Janinie Paradowskiej, Adamowi Grzeszakowi i red. naczelnemu Jerzemu Baczyńskiemu).
Powstały też projekty karnawałowych masek z twarzami znanych wówczas postaci sceny politycznej (m.in. prezydent Kaczyński, Tusk, Rydzyk, Lepper), które uczestnicy jubileuszowego balu VIP-ów, jaki odbył się 16 lutego 2007, zakładali na twarze.
Wspomnienie po latach
Na jednej ze stron www znalazłem nieprawdziwą informację, jakoby pewien rysownik przez lata współpracował z „Polityką”. Zapewne ktoś pomylił go z Szymonem Kobylińskim. Wiem, że warto pisać fakty i nie wprowadzać innych w błąd. W tym artykule są fakty. Jako rysownik satyryczny, w latach 80. byłem jednym ze współpracowników „Polityki”. Jest to jedno z miłych wspomnień w mojej biografii.
Tygodnik Polityka: (c) Szczepan Sadurski / Media . Sadurski.com
Zobacz też:
> Jak rysunek Sadurskiego sprowokował VIP-ów PRL-u
> Pegaz w TVP i wspomnienia rysownika
> Cenzura, kserokopiarki i kulisy prasy PRL-u


