Jedni marzą o sławie, inni przed nią uciekają. Są ludzie, których rozpoznaje cała Polska, bo codziennie widzimy ich w telewizji. Są też tacy, których twarz niewiele mówi, ale ich nazwisko, podpis lub twórczość zna kilka pokoleń odbiorców. Szczepan Sadurski opowiada o spotkaniach z gwiazdami, własnej rozpoznawalności i o tym, że popularność może mieć bardzo różne oblicza.
Muniek, Michał, Wojtek i Edward
Dziś widziałem w centrum handlowym Muńka Staszczyka rozmawiającego przez telefon. Prawie mój sąsiad. 10-20 lat temu obsiedliby go amatorzy selfie i autografów, ale dziś miał spokój.
Rok temu na ławce przed hotelem na Śląsku spotkałem Michała Wiśniewskiego. On zmęczony po koncercie, ja przed imprezą. Przypomniałem, że niedawno byliśmy w śniadaniowym programie w TVP, pamiętał. On w charakterze gwiazdy, ja – karykaturzysty. Pogadaliśmy miło, a gdy odjechał pomyślałem: przecież mogłem zrobić selfie i pochwalić się w social mediach. Ale jestem jakiś dziwny. Inni gdy tylko kogoś zobaczą, zaczepiają i robią sobie z nim selfie.
Kilka razy byłem w towarzystwie osoby o znanej twarzy. Wojtka Glanca zaraz po Big Brother-2 na Warszawie Centralnej okrążyli łowcy autografów (wtedy nie było jeszcze telefonów robiących zdjęcia) i przez kilka minut podpisywał, w końcu powiedziałem – Chodź Wojtek, przecież się spieszymy.
Gdy wracałem z Edwardem Lutczynem z jury konkursu w Łodzi, koło dworca zaczepił go sympatyczny pan i przez kwadrans był wniebowzięty. A jak mieliśmy pierwszy happening Partii Dobrego Humoru po Długim Targu w Gdańsku (2001), gdy tylko na chwilę przystawaliśmy, do Skiby podchodzili ludzie z prośbą o autograf.

Znana twarz – szczęście i przekleństwo
Czemu o tym piszę? Są różne rodzaje popularności, a największą cieszą ci, którzy mają znane twarze – z telewizji, sceny, filmu. I przed nikim nie mogą się ukryć, chyba że założą kominiarkę. Albo ukrywają twarz za smartfonem, bo rzekomo z kimś akurat prowadzą bardzo ważną rozmowę.
Miałem kiedyś zagadnąć na imprezie znaną dziennikarkę, która pół roku wcześniej prowadziła telewizyjne show, w którym występowałem z Dorotą Wellman i Joanną Jabłczyńską, ale przemknęła lotem błyskawicy przez salę pełną ludzi, ze smartfonem przy uchu. Po prostu nie miała ochoty, aby ktoś ją zaczepił.
Co chwilę czytam wywiad z jakąś gwiazdą opowiadającą, jak to udało się jej nie zapłacić mandatu za przekroczenie prędkości, bo policjanci z drogówki byli zachwyceni „nowym znajomym”. Tego akurat im zazdroszczę, bo też bym tak chciał.

Czy jestem znany?
Po co ten długi wstęp? Bo zastanawiałem się czy jestem znany, a jeśli tak – czym się to objawia. Owszem, występuję co jakiś czas w różnych programach TV i twarzy nie chowam wtedy za smartfonem. Nie są to jednak programy tak znane i tak długie, aby Polska zapamiętała moją twarz.
I chyba na szczęście, bo wolę gdy ludzie rozpoznają mój podpis, rysunek, nazwisko, coś ciekawego co zrobiłem oraz kojarzy się im z moją osobą.

Znany karykaturzysta
Rysuję karykatury na imprezach. Na każdej jest minimum jedna osoba, która kojarzy: Sadurski + Dobry Humor, albo: Sadurski + rysunki w gazetach. Albo patrzy podpis pod rysunkiem i mówi: – Znam ten podpis! To naprawdę pan?
Raz zszokowała mnie młodziutka kelnerka. Narysowałem jej szybki portret, widzi podpis i mówi: – Ojej! To pan jest autorem tych rysunków z podręcznika „Wiedza o społeczeństwie”? Pokażę jutro koleżankom, będą mi zazdrościć!
Czasami ktoś prosi mnie o specjalną dedykację albo specjalny rysunek z punkiem Frankiem, choć najczęściej po prostu proszony jestem do zdjęcie, na którym jestem ja, karykatura oraz osoby które narysowałem.
Zdarza się, że niektórzy mówią: – Skądś kojarzę pana twarz, może z telewizji? Choć częściej mówią: – Ale pan jest podobny do Andrzeja Seweryna!

Znany szeregowiec
Gdy w 1986 r. byłem w wojsku, każdy z kompanii (ja też) musiał elegancko obłożyć swój zeszyt do notatek w gazetę. Jeden z kolegów, tak się złożyło, obłożył swój zeszyt akurat w okładkę kolorowego magazynu, na którym byłem na zdjęciu. Odkrycia dokonał akurat w momencie, gdy była cisza, co wywołało konsternację oficera prowadzącego zajęcia.
Kilka tygodni potem do jednostki przyjechał dziennikarz z gazety wojskowej, zrobił ze mną wywiad, a ja dostałem godzinę wolnego, żeby zrobić kilka rysunków o żołnierzach które wydrukują obok wywiadu. Wkrótce numer z wywiadem dotarł do dowództwa mojej jednostki.

Znany rysownik
Gdy w połowie lat 80. moje rysunki drukował hurtem „Kurier Lubelski” i inne gazety Lubelszczyzny, co kogoś poznałem lub zostałem komuś przedstawiony – przecierał oczy. – To pan? A ja myślałem, że pan jest staruszkiem z brodą i brzuchem!
To wtedy wpadłem na pomysł, że jak znów będę w programie na żywo TVP Lublin, zażartuję. Wkrótce nadarzyła się okazja:
– Dzień dobry, proszę nie regulować odbiorników. Tak, Szczepan Sadurski to ja. Jestem młody i ja tak po prostu wyglądam!

Znany laureat
Zawsze bawiły mnie sytuacje, gdy ktoś chce się przy mnie ogrzać. Było to szczególnie widoczne po tym, gdy zdobyłem Złotą Szpilkę’86. Kilka redakcji pisało wtedy, że to one mnie odkryły i poznały na moim talencie jako pierwsze. Że to one drukowały moje pierwsze rysunki, a dopiero później byli inni. Pisały tak zarówno pisma ogólnopolskie, jak i lubelskie.

Znany Lublinianin
W 1990 r. szykowałem jedną z moich wystaw w Lublinie, w Lubelskim Domu Kultury na Pstrowskiego (obecnie Peowiaków). Z dwiema redakcjami i dogadaliśmy się, że będą drukować specjalny kuponik, który należy uzupełnić o swoje imię i nazwisko, przyjść z nim na wernisaż, bo wśród wszystkich kuponików były losowane nagrody sponsorów, typu: robot kuchenny, zestaw do kawy, encyklopedia i inne. Poza tym to była wystawa, na której można będzie obejrzeć nigdy nieznane rysunki, stworzone w stanie wojennym.
Na wernisaż przyjechałem prawie w ostatniej chwili (bo w okolicach nie można było znaleźć miejsca parkingowego) i przeżyłem szok. Wielka sala wystawowa zapełniona tłumem kilkuset osób, ledwo się przepchałem przez korytarz – tu też stali ludzie. Duszno, gorąco… No i głośne oczekiwanie na losowanie kuponików.

Znany wydawca
Od 1991 r. wydawałem „Dobry Humor” i inne gazetki z dowcipami. Ktoś fachowo przeliczył, że co miesiąc czytało je około milion ludzi. Zupełnie nie miałem świadomości popularności. Wkrótce jednak przekonałem się, jak ta sprawa wygląda. Moje zdjęcie podzieliłem na 6 kawałków i w każdy był drukowany w kolejnym numerze. Kto zbierze komplet, naklei w odpowiedniej kolejności i wyśle w kopercie – dostanie to samo zdjęcie w całości, wraz z autografem. Dostałem kilkaset kopert.
Wcześniej zrobiłem też konkurs rysunkowy. Każdy mógł wysłać rysunek na temat: Jak wygląda redakcja „Dobrego Humoru”. Rysowano kwadratowe zające, punka Franka, ale każdy wyobrażał mnie sobie całkiem inaczej. Najlepsze rysunki zostały opublikowane i nagrodzone.

Znany, choć nie celebryta
Przed pandemią przyjechałem do Gdańska na kolejną imprezę z karykaturami. Recepcja w hotelu, kilka osób przede mną, a gdy dotarłem do recepcjonistki, ona patrzy na rezerwację, na mój dowód i rozpromieniona pyta: – To naprawdę pan? Znam pana wszystkie rysunki!
Podsumowanie
Nie lubię sam się chwalić, ale: tak, jestem znany. Na szczęście równocześnie anonimowy – bo twarzy raczej nie mam znanej. W sumie, jest to miłe. Ale nie przypominam sobie, abym chciał to jakoś zdyskontować, wykorzystywać do czegoś.
Nie potrzebuję być celebrytą, po prostu robię to co robię. I lubię to, innym się to podoba. Konsekwencją jest rozpoznawalność, bo nie jestem osobą całkiem anonimową. Mogę spokojnie iść na zakupy, a celebryci nie mają tego luksusu.
Popularność: (c) Szczepan Sadurski / Show-biznes . Sadurski.com
Zobacz też:
> Obiad z gwiazdami. Tego nie dowiesz się z Pudelka i Instagrama
> Dlaczego Sadurski nie został międzynarodową gwiazdą


