Gdy jako 17-latek po raz pierwszy odwiedził redakcję kultowych „Szpilek”, usłyszał, że jeśli ktoś nie osiągnie sukcesu do 35. roku życia, prawdopodobnie nie osiągnie go już nigdy. Wtedy potraktował te słowa jak ciekawostkę i… rzucił się w wir pracy. To historia Szczepana Sadurskiego o pierwszych sukcesach, własnym wydawnictwie i pytaniu, czy istnieje wiek graniczny dla spełniania życiowych ambicji.
Rysunek, który zmienił życie
Niepozorny obrazek, humorystyczna parodia Człowieka Wirtuwiańskiego Leonarda da Vinci z nagą kobietą. Zanim uznałem, że jest gotowy, kilka razy go zmieniałem, wreszcie pogięty od farb wodnych, został naklejony na tekturkę. Mam go do dziś.
Gdy powstawał, miałem niewiele ponad 17 lat, a prasowy debiut w „Świecie Młodych” był 3 lata wcześniej. Nie podejrzewałem, że to właśnie ten rysunek zmieni moje życie. Sprawi, że poczuję moc i uwierzę, że droga którą podążałem do tej pory – to właściwa droga.
Goła baba w „Szpilkach”
To nie mógł być przypadek. Numer „Szpilek” w którym zadebiutowałem na ostatniej stronie, ma datę 9 czerwca 1983. Dzień moich 18. urodzin. Dzień, który rozpoczynał moją dorosłość.
Na jego zobaczenie w słynnych „Szpilkach”, Olimpie polskich satyryków, czekałem kilka tygodni. Rysunek został włożony do wielkiej szuflady stojącej w największym pomieszczeniu redakcji, które do sufitu miało ładnych kilka metrów. W szufladzie było już kilkaset rysunków innych autorów.
Czy fakt, że do numeru wyciągnięto akurat mój rysunek, kolegium redakcyjnemu się spodobał, został zamakietowany i poszedł do drukarni, był przypadkiem? Mógł leżeć miesiącami, przywalony kolejnymi dziełami znanych autorów. Może po prostu miałem szczęście? Albo po prostu przyciągał wzrok, bo narysowałem gołą babę, więc uznano, że czytelnikom się spodoba?

Rozmowa, którą zapamiętałem
Moja dziewicza wizyta w redakcji „Szpilek” nie była samotna. Na Plac Trzech Krzyży przyjechałem z Lublina pociągiem, razem ze starszym kolegą Mirkiem, też rysownikiem. Obaj zostawiliśmy w redakcji swoje rysunki i jego prezentowały się zdecydowanie lepiej.
Wychodząc z redakcji, zwierzył mi się:
– Mam takie wrażenie, że w Polsce jak nie osiągniesz sukcesu do 35. roku życia, już go nigdy nie osiągniesz.
Ja do tej magicznej liczby miałem wtedy 17 lat, on tylko 8.

Mirek
Mirek był 9 lat starszy, był po liceum plastycznym, miał zamiłowanie do sztuki, żonę i dziecko. Miał na koncie kilka publikacji, projektował okładki dla wydawnictwa. Był już na Satyrykonie, z którego przywiózł grube katalogi oraz wspomnienia po spotkaniach z autorami, których rysunki doskonale znałem z prasy. Trochę imponował mi, marzyłem że kiedyś też ich osobiście poznam.
Kilka lat później nasze drogi się rozeszły i później krzyżowały bardzo rzadko. W tym raz, gdy już byłem wydawcą mieszkającym w Warszawie, a on był na życiowym zakręcie.
Poszedł w poważną sztukę. I jemu też powiedzieli na ASP, żeby nie tracił u nich czasu na studia.
Magiczne 35 lat
Moje 35 urodziny – wiek, do którego według Mirka należało osiągnąć sukces w życiu, to rok w którym XX wiek stał się przeszłością, a zaczynało drugie tysiąclecie. Czy osiągnąłem sukces? Oczywiście, choć wtedy tak tego nie odbierałem. Nie miałem czasu na dyskontowanie tego, co zdobyłem, na krótkie zatrzymanie się i przemyślenia. Tych 17 lat, to było pasmo sukcesów, ogrom pracy i kilku wrogów.

Lata 80. – budowanie nazwiska
W latach 80. skupiałem się głównie na rysowaniu dla prasy. 2-3 tysiące rysunków, opublikowanych w grubo ponad 50. tytułach prasowych. Polityczna afera w stanie wojennym z rysunkiem do Szopki Noworocznej „Kuriera Lubelskiego”, która mogła zakończyć wiele moich marzeń.
Najczęściej publikowany rysownik „Szpilek”, rubryka w „Radarze”, pół etatu w „Gazecie Młodych”. Srebrna Szpilka’85 i Złota Szpilka ’86, udział w zbiorowych wystawach w Polsce i na świecie. Książka KAW-u „Kwiatki polskie” którą dałem Georgesowi Wolińskiemu i wkrótce we Francji napisano, że jestem wschodzącą gwiazdą karykatury. Wywiad dla „Głosu Ameryki”, wystawa w Moskwie. W 1989 r. przestałem też być kawalerem i należało inaczej spojrzeć na życie.

Lata 90. – własne wydawnictwo
Mogłem dalej rysować dla prasy, tak jak Mleczko czy Sawka, ale chciałem czegoś więcej. Czułem, że świat się zmienia i nie chciałem jak wielu innych, ciułać grosze i żyć od pierwszego do pierwszego, mieszkając u rodziców w Lublinie.
W 1990 r. założyłem firmę – Wydawnictwo Superpress. Świadczyłem usługi plastyczne i chciałem wydawać książeczki z własnymi rysunkami, bo poza rysowaniem niewiele umiałem.
Gdy pierwszy numer „Dobrego Humoru” trafił do polskich kiosków, miałem 26 lat. Zainwestowałem w niego wszystkie oszczędności swoje i rodziny. Ryzyko było ogromne, ale nie miałem planu B. W 1994 r. nakład przekroczył 200 tysięcy. Potem dodawałem kolejne tytuły, w kioskach równocześnie było ich pięć, w tym pismo satyryczne, które miało zastąpić nieistniejące już „Szpilki” (w 1999 r. „Kościotrup” miał 140 tys. nakładu).
Z drukarniami drukującymi moje czasopisma zacząłem się rozliczać nie płatnościami, lecz zakupionymi maszynami drukarskimi. Po kupnie mieszkania na obrzeżach, wprowadziłem się do własnego domu w dobrej dzielnicy Warszawy. Pierwszy polski portal z dowcipami robiony z Onet.pl, organizacja wystaw i konkursów, setki tysięcy przejechanych kilometrów. Ale też głośna sprawa sądowa z Murzynem, który chciał 100 tys. zł za to, że wydałem dowcipy o Murzynach. Sam siebie podziwiam, bo dziś nie byłbym kondycyjnie wytrzymać tej gonitwy.
Czy sukces ma termin ważności?
W 2000 roku miałem 35 lat. Czy osiągnąłem sukces? Bez wątpienia. Czy największe sukcesy były już za mną? Życie miało jeszcze przygotować dla mnie kilka niespodzianek.
Sukces: (c) Szczepan Sadurski / Praca . Sadurski.com
Zobacz też:
> Elita polskich karykaturzystów we wspomnieniach Szczepana Sadurskiego
> Jak uczyłem Holendrów twarzy polskiej polityki
> Sadurski polskim dzieciom w Ameryce


